Przystanek.
Udało mi się w końcu spisać wszystko 😉
Chcę to sobie opisać aby pamiętać, bo żałowałam, że niewiele pamiętałam z poprzednich operacji.
Wpis prze-długi, ale nie chciałam tego dzielić na kilka wpisów, tylko zamknąć wszystko w jednym.
~~~~
Najpierw wrzucę zdjęcie napisu na mojej koszuli nocnej, jaką sobie kupiłam (czysto strategicznie, aby wyświetlało się na głównym widoku jako pierwsze a nie okablowana dłoń 😉)
Na wstępie tylko dodam, że moje szczęście w nieszczęściu nie opuszczało mnie cały czas!
Pierwszy moment to trafienie do sali z dziewczyną, której operacja się przesunęła.
Najpierw szłam do pustej sali obok, ale nie chciałam łózka przy oknie ze względu na moje parestezje twarzy, aby mnie nie przewiało w razie czego, niestety dziewczyna przede mną już to łóżko zajęła, więc poszłam do sali z tą czekającą na operację dziewczyną, która była przy oknie. Powiedziała mi, że dobre sobie łóżko wybrałam, bo nocą strasznie od okien lampy dają po oczach i ciężko zasnąć a ja sobie mogę po prostu rozsunąć zasłonę pomiędzy łóżkami. Już byłam uradowana z wyboru ;)
Okazało się, że ona miała iść jako pierwsza, ale coś się wydarzyło z pacjentką z poprzedniego dnia i wskoczyła na sam koniec. Wyglądała na osobę po 30-tce, bardzo dobrze nam się rozmawiało, praktycznie do czasu aż ją po 17:00 zabrali na blok operacyjny cały czas rozmawiałyśmy i się śmiałyśmy. W sali obok było dość drętwo.
Ona ciągle powtarzała, że jest pechowa, kto wie, czy przypadkiem dopiero jutro z nami pójdzie, itp. ale cieszy się, że ja do niej dołączyłam, bo przynajmniej skutecznie głowę jej zajmuję i mniej się stresuje. Powiedziałam, że w takim razie ja jestem jej szczęściem w nieszczęściu ;)
Kiedy już pojechała na blok zastanawiałam się, czy dołożą mi czwartą, która była tego dnia przyjęta, ale nie. Zostałam w sali sama. Jakże byłam uradowana, kiedy okazało się, że w sali obok jedna z dziewczyn taaaaak potężnie chrapie! A ja sobie zamknęłam drzwi, włożyłam zatyczki do uszu, zasunęłam zasłonę i spałam jak niemowlę! A tego się bardzo obawiałam, że przez chrapiące dziewczyny znowu się nie wyśpię przed operacją.
Tego dnia miałyśmy badanie ginekologiczne, pobranie krwi w celu potwierdzenia grupy krwi i ja dodatkowo marker nowotworowy. Plus wywiad z historii choroby i rozmowę z anestezjolożką. Dostałam do wypełnienia ankietę i w rubryce BMI napisałam: za wysokie, otyłość :D babka się uśmiechnęła jak to czytała ;)
~~~~
Przy okazji muszę wspomnieć o tym, że wody w butelkach z dziubkiem, które wzięłam "strzeliły" po otwarciu, więc postanowiłam je wylać, bo już raz się załatwiłam taką wodą... Do tego okazało się, że kapcie, które wzięłam były dziurawe w palcach :D (nie chodzę w kapciach ale zostawiłam sobie jedne na wyjazdy do hotelu, czy szpitala), i dwie pary skarpetek też z dziurami wzięłam :D oczywiście nie miałam totalnie świadomości o tych dziurach! A najlepsze: nie wzięłam ręcznika :D:D no to już mnie na maksa rozwaliło i skwitowałam: no jasne, przecież do hotelu jechałam :D:D:D
Dobrze, że choć wzięłam szlafrok, w którym i tak nie chodziłam, bo było gorąco, to w niego się wycierałam, co nawet okazało się spoko opcją, po prostu się w niego ubierałam i byłam sucha ;) okolice intymne i ran wycierałam ręcznikiem papierowym, co mi poleciła dziewczyna, z którą leżałam, a której poleciła tak robić pielęgniarka.
Uświadomiłam sobie te fuck up'y bardzo szybko, co też bardzo szybko mnie rozluźniło, bo na start wiedziałam, że nie ma co trzymać "gardy" i się maskować, nie da już się ukryć, że jestem... sobą ;) I co sobie przypomniałam o tych rzeczach - ręczniku szczególnie - to lałam z siebie pod nosem :D Dodam, że brat jechał następnego dnia z bratową na południe Polski a ja dodatkowo zakazałam mamie przyjeżdżać pociągiem z zarazkami do mnie :D (głównie dlatego, że chciałam aby była zdrowa jak będzie przychodziła do mnie do kotów, bo niczego tak się nie bałam po operacji jak mojego alergicznego kichania i kaszlu z powodu choroby). Tak więc wiedziałam, że nikt mi nic nie dowiezie i muszę sobie radzić z tym co mam :D
Najlepsze, że pakując się nie spojrzałam na moją odwieczną checklistę wyjazdową, tylko zapytałam koleżanki, która była w listopadzie w szpitalu. Wspomniała o swojej poduszce pod głowę, ale o ręczniku nie :D Ja się z kolei pakowałam na turbo speedzie, więc jej listą się zasugerowałam. Myślę, że już wiek taki, że czas zrobić dodatkową szpitalną listę do mojej wyjazdowej ;)
~~~~
Dodatkowo przez pracę do 22:00 (głównie przez kolegę, który mnie zastępuje w pewnym zakresie, i który miał robić samodzielnie cały tydzień póki jeszcze byłam, aby potrenować, a zabrał się dopiero w piątek i poniedziałek, i zawracał mi non stop doopę) poszłam spać o 2:00 w nocy zanim się ze wszystkim wyrobiłam.
Dzięki temu dostałam takiej awersji do roboty, że jak tylko zamknęłam laptopa zrobiłam przekierowanie telefonu do koleżanki i go wyłączyłam, aby mi żadne powiadomienia nie przychodziły o nowej poczcie/chacie na teamsie (choć wcześniej mówiłam temu chłopakowi, że w razie czego w drodze do szpitala mu coś podpowiem).
Plus inni koledzy tego dnia pomogli mi podjąć decyzję o natychmiastowym odcięciu się.
Zamykałam miesiąc praktycznie w jeden dzień zamiast trzech. Wysłałam wszystkim tabelę z harmonogramem do kiedy potrzebuję jakie dane i od kogo, aby mi się to udało. Dostałam prawie wszystkie oprócz jednego kolegi, który odpisał, że "zajmie się tym jutro"... spoko, tylko, że "jutro" ja już jadę do szpitala. Pierwszy szok.
Zadzwoniłam do szefa, że wszystko na co miałam dane zafakturowałam, do reszty przeszkoliłam, miesiąc mam zamknięty, ale niestety do głównego sprawozdania nie mam danych, termin wysłania do piątku a ja prawdopodobnie dopiero w poniedziałek ze szpitala wyjdę (powiedziałam w celu przypomnienia, że będę na L4 😉) na co szef powiedział: trudno, to się najwyżej w poniedziałek wyśle.
To było dla mnie tak szokujące, że aż chyba traumatyczne ;) Tego było już za wiele, przyszykowałam zestawienie z danymi, które miałam, następnie wysłałam maila do tego gościa od "jutro" (i DW szef), z instrukcją co ma zrobić, gdzie wkleić otrzymane dane, co zweryfikować i ewentualnie poprawić i gotowe zestawienie wysłać do szefa do podpisu i puścić dalej. To był ostatni mail, zamknęłam lapcia, wyłączyłam telefon.
Tak mnie ten dzień straumatyzował, że jak tylko rano się obudziłam niewyspana miałam takiego wkurwa przepotężnego na pracę i na siebie, że mnie normalnie odcięło.
Kiedy już się ulokowałam w sali w szpitalu poczułam taaaak ogromną radość, że to już: przede wszystkim z powodu dłuuugiego L4 = dłuuugiego resetu od pracy, że dosłownie mnie endorfiny zalały i przypuszczam głównie dlatego miałam tak dobre samopoczucie. Pewnie dlatego też nie czułam tego stresu, bo głowa przestawiła się z trybu pracy na tryb relaksu ;)
W połowie dnia uświadomiłam sobie jaki miałam epicki reset od pracy, jak mnie naprawdę epicko odcięło, że ani jedna myśl nie wleciała!
Jak przyszedł do nas nasz lekarz, powiedział do mnie: jutro działamy, i zapytał jak się czuję powiedziałam, że epicko odpoczywam i chcę duuużo L4 ;) Zdawałam sobie sprawę jakie to strasznie żałosne niestety, że potrzebowałam operacji aby odpocząć, ale z drugiej strony cieszyłam się, bo często takie wydarzenia są emocjonalnym shotem - kotwicą do zmian.
I oczywiście byłam tam totalnie odosobniona w swojej chęci długiego L4 bo wszystkie babeczki, że od razu po dwóch tygodniach wracają do roboty. [Właśnie jedna z nich, która dostała 2,5 tyg. chorobowego poprosiła o przedłużenie do połowy kwietnia ;)]
A jeszcze pod koniec lutego wpadł mail z informacją o wprowadzonych absencjach (miałam pojedyncze dni urlopu na badania) i uzmysłowiłam sobie, ze mam 51 dni urlopu do wykorzystania! mam pełne prawo być przemęczona i potrzebować resetu!
~~~~
Muszę też wspomnieć o moim największym strachu dotyczącym operacji, czyli o... lewatywie 🙈 zawsze mówię, że jak przetrwam lewatywę to przetrwam wszystko :D Tak mnie stresuje zawsze moment wlewania i tego parcia, że nie utrzymam zawartości jelit w ryzach, plus później dostęp do kibla ;) Na szczęście tutaj robili te lewatywy z odstępem czasu, plus ja szłam akurat na jakieś badanie, więc mój wlew był na końcu.
Pierwszy raz też spotkałam się z tym, że do 17:00 można było jeść: mogliśmy zjeść śniadanie przed przyjęciem, potem dostałyśmy obiad i kolację.
Przy lewatywie było tyyyle śmiechu, bo po jedzeniu szpitalnym miałam straszne gazy, ale nie mogłam się wygazować. Babeczka mówi, że mam strzelać :D ja jej, że nie mogę: blokada psychiczna, to ona, że wyjdzie. Ale za drzwiami stały 3 laski to ją wołam z powrotem i mówię, że się nie uda, bo jak słyszę głosy to się wszystko cofa 🙈 No więc zapełnia ten worek wodą i dolewa, ja jej na to, że jest serio wielką optymistką :D Kiedy aplikowała czułam jak mi jelita rozrywa i nagle usłyszałam bulgotanie 🤣🤣🤣 pytam co się kurna dzieje??! a ona: spokojnie, gazy poszły do worka 🤣🤣🤣 zaczęłam się taaak śmiać! i szczęśliwie zrobiło się spoooro miejsca na lewatywę :D Te dwie babeczki z sali obok od razu poleciały i przypuszczam, że cały ten środek wylały i tym samym zwolniły mi kible :D Ja jak czułam, ze sama woda leci to wstrzymałam, dzięki temu udało mi się w późniejszym czasie oczyścić. Ale standardowo rano po wstaniu jeszcze mnie pognało.
~~~~
Do dnia operacji miałam podjąć decyzję co do macicy, choć ja ją już dawno podjęłam, ale zapytałam doktor, która mnie badała o zdanie, powiedziała, że ona by usunęła chociażby ze względu na hormony, jakie będę musiała stosować po wycięciu jajników. To mi w zupełności wystarczyło aby rozwiać ten 1% niepewności.
Okazało się, że miałam w prawym jajniku BOT, czyli guza o granicznej złośliwości i po operacji lekarz mi napisał, że podjęłam bardzo dobrą decyzję o usunięciu macicy. Dodatkowo ze względu na to rozpoznanie pobrano kilkanaście wycinków z jamy brzusznej, ale lekarz pisał, że wyglądało czysto.
Teraz czekamy na wynik histopatu, za 2-3 tygodnie.
I okazało się, że te babeczki czekały po 1,5 roku na operację (w tym dwie miały jeszcze przekładane terminy), bo miały "jedynie" endometriozę, bez podejrzeń guzów, ja dzięki karcie DILO szczęśliwie mogłam być szybko przyjęta. To naprawdę ogromne szczęście w nieszczęściu!
~~~~
[A jednak nadal nie mogę pisać na siedząco... ale na stojąco lepiej ;) co parę zdań uskuteczniam spacer po mieszkaniu.]
Wracając do wydarzeń ze szpitala.
Jak koleżanka z sali pojechała na blok operacyjny, zaczęłam się stresować... że się nie stresuję. Nie mogłam pojąć czemu nie mam tego przedoperacyjnego stresa? Doszłam do wniosku, że pewnie mózg zakodował, że ból po wcale nie jest taki straszny, tym bardziej, że faszerują lekami. Ale miałam też poczucie, jakby to nadal do mnie nie dochodziło.
Wieczorem przydzielili nam panie, które będą nas przygotowywać do operacji. Od mojej po obchodzie dowiedziałam się, że będę druga, co oznaczało, że nie wiadomo, o której pójdę bo operacje na ginekologii onkologicznej nigdy nie są krótkie, dlatego dziennie planują zazwyczaj tylko 4 na dwie sale.
Dodatkowo od dziewczyn dowiedziałam się, że mój lekarz (spec. od endometriozy) operuje tylko we wtorki i środy, i był też wpisany u mnie jako operujący.
~~~~
Kiedy rano zostałam sama, bo zabrali dwie koleżanki z sali obok na operację po raz pierwszy pojawił się lekki stres.
Postanowiłam poszukać czwartej koleżanki, która była z nami przyjęta, wiedziałam, że musieli ją gdzieś blisko ulokować. Pogadałyśmy sobie i od razu było lżej.
Tego dnia była fajna pielęgniarka (która ma syna z AuDHD a ponieważ robiła ze mną wywiad to wiedziała, że ja mam ADHD, więc rozmawiałyśmy sobie fajnie), ale ciągle mnie upominała, że już mam się nie szwendać :D
Przed operacją miałyśmy się umyć środkiem antybakteryjnym i ubrać w szpitalne wdzianko. Do operacji nie wolno było się malować, wiadomo, ale też nie wolno było nakładać żadnych kremów, żeby nie dały odczynu alergicznego z ich środkami odkażającymi.
Potem przenieśli nas na salę pooperacyjną, gdzie czekałyśmy na swoją kolej.
Sala była ogromna, ale wentylowana, z czym spotkałam się pierwszy raz w sumie. Czuć było ten powiew świeżego powietrza z wywietrzników w suficie. Do tego do dyspozycji pacjentek były małe buteleczki z wodą, które po operacji Panie nam otwierały i dawały do moczenia sobie ust i popijania parę kropel, bo nie mogłyśmy pić za dużo. Matko jak mi niemiłosiernie pomogły! bo strasznie mnie suszyło co się wybudzałam i miałam usta posklejane.
Okazało się, że koleżanka też miała iść jako druga i ten sam lekarz był wpisany jako operujący, więc stwierdziłyśmy, że pewnie dwie, które się uczą operacji endometrialnych będą operować a on nadzorował. Ale jednak około 10:30 mnie tylko zaczęli podłączać i dali głupiego Jasia. Pielęgniarka powiedziała, że ona teraz mnie zatrzaśnie, żebym już nie łaziła, postawiła oba ramiona łózka i zablokowała :D a kiedy jechała z łóżkiem po pierwszą dziewczynę powiedziała: a ty kobieto leż i nie wyłaź, zaraz po ciebie przychodzę :D
Ta pielęgniarka mnie tak pilnowała, bo wiedziała co to adhdowe szwendactwo :D mówiła, że mało jest takich co to wszędzie łazi nawet przed operacją :D A ja jeszcze koniecznie chciałam się zobaczyć z koleżanką, z którą leżałam dzień wcześniej, bo mogłam zajrzeć dopiero rano jak wróciła z pooperacyjnej, wiadomo. Pytam jej jak się czuje, to powiedziała, że tak jak wczoraj chciała jechać szybko do domu tak teraz wolałaby zostać dłużej podłączona do tych wszystkich przeciwbólowych leków ;) No otóż to!
Około 11:00 pojechałam, wróciłam około 14:45.
Koleżankę zaczęto około 13:00 szykować, więc pewnie jakoś 13:30 pojechała, bo głupiego Jasia się dostaje pół godziny wcześniej. Więc przypuszczam, że ten mój mnie operował a pobierał wycinki i zszywał mnie już na końcu ktoś inny.
~~~
Aaa, muszę wspomnieć, że największy stres mi się odpalił, jak posypały się wiadomości z trzymaniem kciuków. Dopóki ich nie było, to serio stres był minimalny.
Na szczęście chwilę później dostałam już ten rozluźniacz i mnie wyciszył. Oczywiście nigdy nie zasypiam na nim, bo na mnie nie działa.
Dla mnie też zawsze dość przerażająca jest jazda na blok operacyjny. Jedzie się na łóżku a człowiek patrzy na sufit i te podłużne lampy mija jedna za drugą. Dla mnie to taki rzeźniczy widok zawsze :D potem jak wprowadzają na salę operacyjną i widzi się te wielkie okrągłe lampy, ludzi w maskach, sprzęty poowijane w foliach ochronnych, narzędzia to takie już ciekawe się robi ;) Przesiada się na stół operacyjny, miałam ostrożnie aby nie przesunąć maty, która ponoć podczas operacji mnie grzała od spodu, bo na salach ogólnie chłodno zawsze. Zaczęli mi montować wszystko i zapinać pasami. Zapytali mnie o ból pleców, to powiedziałam, że po dłuższym leżeniu boli mnie w lędźwiach i podłożyli mi podpórki pod nogi! Z tym też się spotkałam pierwszy raz.
Przyłożyli nie dotykając twarzy maskę z tlenem aby natlenić, ja w tym czasie powiedziałam, że ważę 90 kg i mają mnie porządnie znieczulić abym się nie obudziła podczas zabiegu :D Powiedziałam bo się nie zważyłam i w ankiecie napisałam 88-90, z kolei widziałam, jak anestezjolożka do swoich zapisków wpisała 88 i spanikowałam :D Pan uspokajającym głosem powiedział, że dostanę tyle, ile trzeba ;) Oczywiście nikt mnie nie zważył, jednak pamiętałam, że często już stoły operacyjne są z wmontowaną wagą i widzą ile pacjent waży. Plus na monitorach widzą, czy pacjent się wybudza i dokładają znieczulenia, bo ostatecznie też nie wiedzą ile taka operacja potrwa.
Ogólnie podobało mi się, że cały czas mówili co robią. Że ta maska z tlenem to jeszcze nie jest właściwa narkoza, że zaraz mnie zabezpieczą pasami, założą to i tamto. Pani pytała, czy mi wygodnie, mówię, że zniosę wszystko dla dobra operacji, niech robi tak aby im było wygodnie. Na co Pani powiedziała, że dla nich komfort pacjenta jest bardzo ważny, to odpowiedziałam, że dla mnie oni są ważni, bo ratują życia i jestem im za to bardzo wdzięczna. Kiedy już byłam zamontowana przyszedł lekarz, przywitał się i powiedział, że działamy :) Zapytał skąd ta mina - zapewne dlatego, że byłam już jakaś zmieszana i lekko wystraszona, bo uświadomiłam sobie, że po wycięciu macicy to pewnie będzie ból i powiedziałam, że stresuję się bólem po.
Po chwili usłyszałam muzykę i zapytałam, czy właśnie została włączona? Pan trzymający maskę z tlenem potwierdził, po czym powiedział, że można zaczynać i w sekundę odpłynęłam.
Obudziłam się kaszląc i pierwsze co powiedziałam dławiąc się jeszcze: muszę iść na terapię :D
Pani mnie spytała: dlaczego? Odpowiedziałam: bo mi się praca śniła!
Po chwili kobieta powiedziała: proszę się nie przejmować, jest pani po prostu odpowiedzialną osobą.
Ja oczywiście w głowie niedowierzanie i wqurw na siebie "nie odpowiedzialna, tylko głupia!" - pomyślałam...
ChatGPT mi później napisał, że w stresujących sytuacjach mózg projektuje znane mu i bezpieczne dla niego obszary, stąd pewnie śniła mi się praca. Co nadal mnie nie pocieszyło, bo czemu nie np. dom, czy rodzina chociażby. Jedyny plus jak wspomniałam, że skutecznie mnie odcięło do teraz od roboty.
~~~~
Ach, no i zapomniałam wspomnieć o tym, że było tam parę studentek, więc cały czas były przyuczane. Przy zakładaniu wenflonu do operacji dziewczyna nie trafiła w żyłę i jak przepłukiwała solą fizjologiczną tak mnie zaczęło potwornie piec! i zrobiła się pod skórą gula, co nazywały "bułą", matko jak mnie to zestresowało 🙈 W związku z tym zaczęła szukać w przegubie dłoni, i jak to bolało! nie mogła znaleźć, więc ostatecznie pielęgniarka wyszukała i podłączyła. Do laparoskopii musiała to być prawa ręka, więc było mi mało komfortowo. A podczas operacji dołożyli mi drugą na środku dłoni. Cewniki też nam już zakładali na bloku operacyjnym po wprowadzeniu w narkozę, tak więc nic nie czułyśmy.
Po operacji na sali też była studentka, która cały czas była wszystkiego uczona. Słyszałam jak Pani pielęgniarka do niej mówi: chodź, pokażę Ci jak przeliczać dawki, bo pani [tu padło moje nazwisko] ma duuużo znieczulenia. I zostałam podłączona pod pompę, która do rana dozowała mi opioidowy lek przeciwbólowy. Moja prawa ręka wyglądała tak:
Na lewej podłączony ciśnieniomierz, który co 15 minut się odpalał, na klacie zamontowane kable do ciągłego pomiaru ekg, w nosie rurka z powietrzem. Nie mogłam się ruszać dosłownie, jak po dwóch godzinach sięgnęłam po telefon oderwałam sobie te diody do ekg i już mnie potem pilnowali, abym nie rozrabiała ;)
Na sali nie bardzo pozwalali rozmawiać przez telefon, aby nie przeszkadzać pozostałym, zresztą po wyjęciu rurki praktycznie do rana miałam strasznie niski "przepity" głos, jak zresztą zawsze. [Przy okazji dodam, że ludzie boją się, że podczas operacji coś mówią, to jeśli jest to głęboka narkoza z rurką, aby aparatura za nas oddychała to zapewniam, że się nie da :D] Do tego ja okablowana na maksa ledwo mogłam pisać... Wiedziałam, że rodzina czeka na wieści, stresowało mnie to bardzo, że nie mam sił odpisać, no i w końcu jak się przemogłam to narozrabiałam :D
~~~
Po podłączeniu do przeciwbólowego źródełka ;) cały czas odpływałam: przysypiałam i ciągle śniło mi się, że coś dźwigam (!!), budziłam się przerażona i normalnie brzuch się stawiał, był napięty jak przy dźwiganiu, więc musiałam go rozluźniać. Co chwilę też się przebudzałam, praktycznie co 15 minut, czyli co pomiar ciśnienia i słyszałam jak pielęgniarka tłumaczy młodej co i jak, co akurat mnie baaaardzo ciekawiło!
Cały czas też byłam w szoku, że oprócz lekkiego ciągnięcia nic nie czuję, ale przede wszystkim, że nie mam w ogóle odruchu wymiotnego!!! Pamiętam, że podczas wywiadu z anestezjologiem babeczka pytała mnie o wymioty podczas poprzednich operacji to powiedziałam, że w Akademii Medycznej strasznie mną rzucało, mimo, ze miałam sondę do żołądka wpuszczoną abym nie wymiotowała (6 tygodni wcześniej też miałam operację). I chyba dawali mi też pewnie przeciwwymiotne. Naprawdę to była najbardziej (szokująco) komfortowa doba po operacji ze wszystkich dotychczasowych. Ja z samego faktu, że nie mam odruchów wymiotnych byłam przeszczęśliwa!
Dodatkowo przed wyjazdem na blok operacyjny ustawiłam sobie łóżko w taki sposób aby zminimalizować ból pleców: uniosłam sobie wyżej część na nogi i podniosłam też nieco górną, aby mnie refluks nie męczył, bo w domu od lat śpię na klinie.
To też zwiększyło komfort leżenia. Koleżanka obok nie wiedziała, że tak można i mówiła całą noc męczyła się z plecami... kurczę, czemu się nie odezwała! Pamiętajcie aby zawsze się odzywać i mówić co sprawia ból! Teraz są takie czasy, że naprawdę wiele można!
~~~
W nocy zmieniono nam cykl pomiaru ciśnienia na co 2 godziny, więc mogłyśmy sobie dłużej pospać. Pielęgniarka, która miała dyżur zachodziła do nas co jakiś czas, a tak przypuszczam przysypiała na kanapie w pokoju pielęgniarek.
Jakoś nad ranem moja pompa zaczęła głośno pikać. Najpierw co parę sekund. Po około minucie zaczęła naparzać co sekundę. A pielęgniarki jak nie ma tak nie ma :D zaczęłam się stresować, że babeczki pewnie wkurwione, więc odwróciłam ją i czytam co napisane, że zaczyna się kolejny cykl wlewów, więc kliknęłam OK :D Przestało pikać. Za jakieś 2 minuty pompa znowu zaczęła naparzać ;) myślę WTF?? zaglądam a tam pytanie o dawkę, trzeba było wybrać i zatwierdzić, no tu już się poddałam :D Nie wiem ile minęło czasu, wydawało mi się jakieś 15-20 minut pikania i w końcu przyszła pielęgniarka, poklikała i uruchomiła.
Rano pielęgniarka ze studentką z dziennej zmiany podeszły do pompy, młoda spojrzała na czas i mówi: oo, jeszcze 40 minut? Na co pielęgniarka do niej: to jest właśnie nocna zmiana... ;) Na szczęście do czasu obchodu cykl zdążył się zakończyć. I mnie odłączono od źródełka! ;)
Rano na obchodzie Pani doktor zbadała nam jelita, usłyszała, że pracują i powiedziała, że jak będziemy się dobrze czuły to możemy wyjść do domu.
Byłam szczerze przerażona! :D miałam świadomość, że ja tu podłączona byłam do potężnego źródełka przeciwbólowego a co ja w domu poradzę??!
Z kolei wszystkie babki od razu mówiły, ze wychodzą następnego dnia po operacji i ani chwili dłużej! Mnie to szczerze szokowało! One miały powiedziane, że będą 3 dni, ja z kolei w zależności od tego co znajdą podczas operacji od 3-5 dni. I w głębi duszy wolałam więcej jak mniej ;)
~~~
Od razu przydzielono nam po dwie osoby do spionizowania, byłyśmy uczone jak wstawać, Panie poprowadziły nas do naszej sali. Byłyśmy we trzy w jednej, czwartą, tę chrapiącą dali do oddzielnej sali. Okazało się, że jedna z dziewczyn poprosiła aby nie być z nią bo kompletnie przez nią nie spała i powiedziała, że jak ją znowu obok niej położą to ją chyba poduszką uciszy ;)
I tu od razu wspomnę bo zapomniałam: kolejne szczęście w nieszczęściu: na sali pooperacyjnej leżałam najdalej od tej chrapiącej babki! Poprosiłam Panią pielęgniarkę z nocnej zmiany aby mi podała zatyczki i kompletnie jej nie słyszałam!
Na nowej sali dostałyśmy kolejne kroplówki wzmacniające i przeciwbólowe, po nich zdjęto nam cewniki. Wtedy po kolei szłyśmy wziąć prysznic.
I ja z przerażeniem znowu łapałam się na tym, że się zapominam: to się schyliłam zamiast kucnąć, to coś tam dźwignęłam... ale człowiek na przeciwbólowych to serio czuł się dość mocarny ;)
~~~
Tego dnia było dość intensywnie, bo jeszcze rozmowa z pielęgniarką, która nam mówiła jak postępować w najbliższych dniach, przekazywała zalecenia żywieniowe, jak i czym się znieczulać, jak dbać o rany, itp.
Następnie rozmowa z fizjoterapeutką, która z kolei informowała jak postępować z bliznami, jak dbać o brzuch i jelita, jak ćwiczyć, kiedy zacząć większą aktywność, kiedy udać się do fizjoterapeutki uroginekologicznej, itp.
Dla mnie to było bardzo cenne i spotkałam się z tym pierwszy raz, w sensie spotkania z fizjoterapeutami to już bywały, ale z pielęgniarskimi zaleceniami żywieniowymi to pierwszy raz.
~~~
W końcu wszystkie się nakręciłyśmy na wyjście do domu, ja również.
Brat z bratową wracali z Południa, więc powiedzieli, że akurat super, po drodze zajadą po mnie po południu (wypisy były po 15:00).
Przyszła do nas pielęgniarka i mówi, że zaczynają się wypisy. I nagle patrzę a leci jakiś student z kartką i mówi do pielęgniarki: pani [tu padło moje nazwisko] nie wychodzi, musi zostać do jutra.
Patrzymy po sobie, ja już w lekkim stresie o co chodzi, okazało się, że miałam za wysoki potas (!!!) i to dosłownie o 0,3 jednostki (!)
I oczywiście byłam w szoku, bo już byłam nastawiona psychicznie na wyjście, ale po chwili poczułam przeogromną ulgę! Bo znaczy się, że wracam do przeciwbólowego źródełka i profesjonalnej opieki! ;D mnie to na maksa uspokoiło, tym bardziej, że miałam za wysoki.. potas, heloł, i to tak nieznacznie. Pani doktor powiedziała, że tak się zdarza po operacjach i podadzą mi leki na wypłukanie potasu (po których sikałam jak oszalała!).
Okazało się, że koleżanka z sali też miała zostać, ponieważ miała podwyższony parametr świadczący o stanie zapalnym, nie pamiętam jaki, ale norma była do 10 a miała 18. Ale tak zaczęła płakać i mówić, że ona chce wyjść, ani sekundy dłużej, że w końcu zaproponowano jej ponowne badanie krwi (poprzednie były z rana) i jeśli okaże się, że parametry spadły to może pójść. Wyniki miały być za 2 godziny, ja się absolutnie nie wyrywałam ;) Koniec końców parametr spadł i wyszła. Zostałam sama na sali, bo dwie pozostałe też mogły wyjść.
I jaka byłam przeszczęśliwa, bo już zaczynałam mieć totalny zjazd! Wszystko zaczynało mnie boleć i poprosiłam o kroplówkę przeciwbólową. Kiedy koleżanka wychodziła razem z mężem, powiedziała, że mi współczuje, odparłam zgodnie z prawdą, że ja się cieszę, bo mam zjazd totalny i przynajmniej mam porządne przeciwbólowe i opiekę. Na co mąż odpowiedział, że właśnie o to chodzi... Widziałam, jak jest przerażony tym, że żona się tak wyrywa do domu widząc, jak bardzo cierpi. Ona najpóźniej się spionizowała, kręciło jej się w głowie i ogólnie była słaba, najgorzej z nas chodziła, pewnie dlatego, że dwa tygodnie wcześniej przechodziła ciężką grypę... Ale widać było, że dla niej to było dramatycznie traumatyzujące doświadczenie, bo była pierwszy raz. My z inną koleżanką już parę operacji i zabiegów miałyśmy za sobą.
~~~~
Jeszcze opowiem o fajnych momentach ;)
Jak nas w końcu odłączyli od cewnika mogłyśmy sobie spacerować, więc po wykąpaniu poszłyśmy sobie wszystkie ze stojakami na kroplówki (byłyśmy podłączone) na korytarz - nasz spacerniak :D Ja oczywiście po wcześniejszych operacjach pamiętałam, że trzeba jak najszybciej się prostować podczas chodzenia, aby później nie ciągnęło, więc chodziłam zawsze prosto i jak to ja: dość szybko. Koleżanka na mnie patrzy i mówi: ty normalnie wyglądasz, jakbyś tu była przypadkiem :D jak odwiedzająca nie pacjentka! Dobra, przyznaj się ile masz lat :D
Mówię, że 47, na co ona w ciężkim szoku: ty masz 47?? to ja w tym roku 46.
Już myślała, że ja młodsza stąd tak paraduję :D A tak właściwie to w tym roku 48 już 🙈
Ale wracając do tego pamiętnego spaceru: patrzyłam na nas jak idziemy jak trzy paralityczki i taki mnie śmiech ogarnął, ale nie mogłyśmy się śmiać bo brzuch potwornie reagował na taki śmiech więc tylko micha nam się śmiała, wszystkie trzymałyśmy się za brzuch powstrzymując od śmiechu - co wyglądało tak komicznie, że jeszcze bardziej chciało się śmiać! :D
Po chwili jedna mówi: jesteśmy trzy Aniołki Charliego :D To już rozjebała system - płakałam!!! :D
Dziewczyny dołączyły, jedna się trzymała lady przy recepcji, ja też stanęłam a ta 46-latka, która najgorzej z nas chodziła i najwolniej mówi: wyścig i [wymieniła swoje nazwisko] na prowadzeniu :D :D
Kurła lałam niemożebnie! :D nie byłam w stanie się uspokoić :D Dziewczyny też! :D
Brzuchy nas po tym rozbolały konkretnie :D ale później jeszcze parę razy uskuteczniałyśmy spacerniak. Ja oczywiście najwięcej, no bo jarałam się, że mogę chodzić.
~~~
Jak się okazało, że muszę zostać to zadzwoniłam do brata, że zmiana planów, poprosiłam aby przywieźli mi serki wiejskie i skyr pitny, i przede wszystkim wodę :D No i kawę rozpuszczalną. Tam był dla naszej dyspozycji czajnik, ale wiadomo, zanim woda wystygnie chwilę trwa, a miałam pić co najmniej 2 litry wody.
I gdy brat przywiózł zakupy oczywiście chwyciłam siatkę jakby nigdy nic, a były tam 3 litrowe butelki wody, dwa serki, duży słoik kawy rozpuszczalnej i dwa skyry pitne. Bratowa od razu brata ochrzaniła, że co robi? i ma szybko zabrać ode mnie tę siatkę 🙈 A do mnie dopiero po chwili dotarło, i mówię, że spoko, nic się nie stało, że niestety chwilę musi minąć zanim się nauczę, bo ciągle się zapominam 🙈
~~~~
Ogólnie tego dnia było sporo emocji, bo najpierw wyjście, potem zwrot akcji, śmiech, chodzenie, schylanie, dźwiganie... no i zaliczyłam potężny zjazd i emocjonalny i bólowy, stąd cieszyłam się, że zostaję i mnie podłączyli do przeciwbólowych kroplówek. Czułam się rozpalona, oczy miałam normalnie przekrwione a brzuch rwał konkretnie.
Krótko po obchodzie normalnie odpłynęłam. Ale obudzono mnie jeszcze na zmianę kroplówek.
~~~
Praktycznie już na sali pooperacyjnej miałam parę uderzeń gorąca.
Ale samopoczucie zadziwiająco dobre. Byłam w szoku, że czuję się całkiem normalnie. Drugiego dnia też.
A kolejnego dnia się zaczęło... Raptem poczułam tak potworny smutek kompletnie nie wiedząc z jakiego powodu (!) Raptem łzy zaczęły ciurkiem lecieć... Nie wiedziałam co się dzieje?? O co chodzi?? WTF???
Kiedy przyszła studentka aby mi zmienić opatrunki pytam o plastry, powiedziała, że dostanę przy wypisie receptę. Mówię jej, że jest masakra, beczeć mi się cały czas chce, na co ona, że zawsze mogę z nimi porozmawiać, że są tu też po to aby nas również psychicznie wspierać. Ale mówię, że nie wiem normalnie o czym, bo nie wiem z jakiego to powodu ten płacz?
Myślę, że dzień wcześniej byłam jeszcze pod wpływem narkotycznego leku, więc samopoczucie było dobre, ale jak mi po południu zaaplikowali ten lek moczopędny na wypłukanie potasu to przypuszczam wysikałam wszystko, łącznie z tym lekiem. I wtedy spadek hormonów do zera walnął mnie z podwójną siłą.
I myślę, że to wypłukanie wszystkiego to też mógł być dodatkowy powód mojego trądziku. Bo wcześniej po tych wszystkich kroplówkach wzmacniających to miałam dosłownie twarz jak pupcia niemowlaka!! :D nie mogłam uwierzyć jak widziałam w lustrze!
~~~~
Tego dnia szczęśliwie była moja ulubiona pielęgniarka. Powiedziała, że jak chcę wiedzieć, czy na pewno dziś wyjdę to mam iść do dyżurki lekarskiej zapytać o wyniki krwi, czy w normie.
W dyżurce był młody lekarz, którego niestety nie za bardzo lubiłam ;) on mi wydawał skierowania na badania dwa tygodnie przed operacją. Robił to z wielkim wręcz bólem istnienia ;) kiedy zapytałam, czy badania krwi mogę zrobić u mnie w mieście powiedział z sarkazmem (zero nutki żartu), że mogę nawet w Grodzisku Mazowieckim przewracając oczami... uhh!
I jak go zobaczyłam w tej dyżurce to już na wstępie zaczęłam się plątać. Spojrzał na mnie z tym swoim bólem istnienia, westchnął tak lekko słyszalnie pokazując, że ewidentnie doopę zawracam, ale sprawdził mi te wyniki i powiedział, że wyjdę. Jak spytałam o plastry hormonalne, to odparł przewracając oczami, że wszystkiego dowiem się przy wypisie, tonem mówiącym między wierszami, że teraz mam spierd@lać ;)
Pierwsze co pomyślałam sobie, że tak bym nie chciała aby to on mi wydawał wypis! Dzień wcześniej wydawała lekarka, która była tak przesympatyczna! Wszystko tłumaczyła i miała tak ogromną empatię!! Ona też mnie zatrzymała, ale też z ogromną empatią wytłumaczyła dlaczego ;) Anioł dosłownie!
Niestety okazało się, że to ten lekarz wydawał. Akurat byłam na spacerniaku, zawracałam z końca korytarza w kierunku sali i go przy niej zobaczyłam.
Stał, z uśmiechem (!) i powiedział: Pani Anno... i wskazał na wypis.
Ja już chciałam naprawdę uciekać, bo te humory niektórych pielęgniarek i tego lekarza wzbudziły taką niechęć już do dalszego leżenia tam :D że jak go zobaczyłam z tym moim wypisem tak mnie endorfiny zalały :D rozpostarłam ręce w geście radości i "pędziłam" do niego tak, że mnie o mało z kapci nie wywaliło :D
I normalnie w szoku byłam jak się zmienił o 180 stopni! (???) Uprzejmy, uśmiechnięty, wszystko spokojnie tłumaczył. Zero przewracania oczami. Zapytałam o hormony, czy uważa, że może lepiej abym się wstrzymała z plastrami do czasu wyniku histopatu, to powiedział, że nie, że cokolwiek wyjdzie to prędzej będzie dawka zmodyfikowana niż zupełne odstawienie, nie ma sensu się męczyć. Ucieszyłam się i powiedziałam o tym płaczliwym epizodzie, że dla mnie to takie wręcz durne, żeby tak bez powodu... Przytaknął, że tak właśnie się dzieje.
Później sobie pomyślałam, że może jak szykował wypis to zobaczył moją historię choroby, że już parę rzeczy przeszłam i stąd złagodniał?
Aa, no i dostałam też zastrzyki przeciwzakrzepowe na 30 dni, bo ponoć BOT zwiększa ryzyko zakrzepicy. I L4 na miesiąc.
~~~~
Najważniejsze, że już miałam wypis, a z bratem byłam tak umówiona, że jak będę miała w ręku to dzwonię i on wsiada w auto. Zadzwoniłam i usłyszałam, że za 10 minut będzie u mnie! Jaka byłam szczęśliwa! Postanowił jednak już wyjechać aby uniknąć korków.
Poszłam więc szybko do dyżurki pielęgniarek i pytam: jest tu może ta "moja" Pani? :D mówię, że brat będzie już za 10 minut i czy da radę mnie jeszcze szybko podłączyć pod kroplówkę przeciwbólową na drogę ;) Oczywiście udało się i zdążyła zlecieć.
~~~~
Ogólnie co mnie jeszcze szokowało: połowa personelu była chora :D Serio, nawet Pani wydająca jedzenie :D Byłam przerażona, ale ostatecznie dają silne antybiotyki plus sala pooperacyjna jak wspomniałam była filtrowana. Ale ciągle wchodził ktoś zakatarzony 🙈 nawet mój lekarz zachorował ;)
I niestety, jak już wspomniałam: niektóre pielęgniarki, jak i studentki nie były miłe... Dlatego jak brat mi robił zakupy dzień wcześniej i pytał, czy kupić jakieś czekolady dla pielęgniarek powiedziałam, że nie. Raz, że było sporo studentek, więc musiałabym chyba ze 20 kupić, a dwa tylko jedna była dla mnie naprawdę super, ta z dziennej zmiany z sali pooperacyjnej ale już jej nie było. I parę studentek, ale tych też już nie było. Moje szczęście w nieszczęściu, że ta "moja" pielęgniarka była ostatniego dnia, jak mnie wypisywali. To ona powiedziała, żebym poszła do dyżurki lekarskiej i zapytała o wyniki krwi, dzięki temu już przed południem wiedziałam, że wyjdę i brat mógł być pewny wyjazdu. Ona mi mówiła jakie są zasady wypisywania w piątki, że nie ma krótkich operacji, więc bywają szybciej niż w pozostałe dni. Sama proponowała mi kroplówki przeciwbólowe na drogę, tym bardziej, że miałam ponad godzinę jazdy. I żałuję, że dla niej nic nie miałam, chciałam dać choć kawę, ale nie chciała.
Ostatnie dwa dni leżałam w sali obok dyżurki pielęgniarek, słyszałam wszystko i jakie serio jaja się zdarzają, że np. czyjeś wyniki krwi kierowca zostawił gdzieś w krzakach bo lab było już zamknięte i niby znaleźli je po 5 dniach (!), problemy z dostawą różnych akcesoriów, itp. Tam serio ciągle coś się działo, z takich administracyjnych rzeczy również.
Panie między sobą też plotkowały ;) narzekały na niektóre, tego akurat wiadomo, nie da się uniknąć ;)
Ale też usłyszałam, jak jakaś Pani doktor do nich mówi, że mają dawać porządne znieczulenia: "pacjentek ma nie boleć".
I tak jest. Pielęgniarki często przychodzą i pytają o znieczulenie, czy potrzeba. Często powtarzały, że nie dopuszczamy do rozhulania się bólu bo wtedy ciężko jest z nim poradzić i go zniwelować.
~~~~
A jeszcze kolejne szczęście w nieszczęściu to powrót: oczywiście wbiliśmy w korki tuż przed naszym miastem. Była to godzina szczytu a trwają przebudowy dróg. Mieliśmy jeszcze zajechać do apteki a ja czułam, że mi zaraz pęcherz eksploduje, a nie chciałam na żadnym MOPie, ani stacji benzynowej. W pierwszej aptece było tylko 1 opakowanie moich plastrów a miałam na recepcie 4 op. Pojechaliśmy do drugiej, która jest usytuowana obok przychodni. Powiedziałam bratu, że idę tam szukać kibla ;) I poszłam do pierwszego otwartego okienka zapytać, babeczka podaje mi klucz i mówi, że tam jest więcej gabinetów z kluczami, czemu akurat od niej chcę ;) to mówię, że ja po operacji z trasy, korki były, zaraz mi brzuch rozerwie. I szczęśliwie akurat była łazienka otwarta - świeżo umyta przez panie sprzątające ;) Jaka byłam szczęśliwa :D
Brat w tej aptece obok też zrealizował recepty :)
~~~~
A już na sam koniec dodam, że następnego dnia po operacji, jedna z koleżanek z pracy najpierw napisała z pytaniem jak się czuję, aby po chwili zadać mi pytanie służbowe odnośnie rozliczeń... Mózg mi eksplodował serio... nie umiałam pojąć jak tak można??... To tylko pomogło mi jeszcze bardziej się odciąć od pracy! Dostałam awersji normalnie!
Niedawno odezwała się na WA koleżanka, która chciała wydzwaniać i rozmawiać o swoich perypetiach w pracy. Napisałam jej, że gdy wrócę z L4 to postanowiłam nie rozmawiać o pracy po pracy. Wszelkie tego typu tematy będę poruszała w godzinach pracy, potem się odcinam, nie chcę żyć pracą. Odpisała, że się dołącza, dobrze nam to zrobi.
~~~~
Ach, jeszcze miałam wspomnieć o wizycie: po powrocie do domu planowałam odwołać tę z 12.03. i umówić się na jakiś inny termin na kontrolę. Bardzo chciałam na omówienie wyniku, ale myślę, że pewnie nie ma szans, bo się czeka 3 miesiące... Dni mi się pokręciły totalnie i dzwonię rano w sobotę i dzwonię, przekonana, że to piątek ;) Co się połączę odzywa się automatyczna sekretarka, że sekretariat czynny od poniedziałku do piątku w godzinach takich i takich, i na końcu sygnał zajętości. Więc próbowałam kolejny raz, bo skoro zajęte to znaczy, że ktoś nawija ;) Dopiero za którymś razem mnie olśniło, że przecież to już sobota ;)
Postanowiłam zadzwonić w poniedziałek trochę później, bo pewnie od rana będzie linia zajęta. I nie zdążyłam bo zadzwonili do mnie z przychodni, że lekarz się rozchorował (co mnie kompletnie nie zdziwiło :D) i przekłada wizyty. I tym sposobem udało mi się przełożyć na 28.03., liczę, że do tego czasu będę miała już wynik.


Gdy leżałam w szpitalu z zagrożoną ciążą, koleżanka z pracy wysłała mi artykuł do tłumaczenia. Ja: Jestem przecież w szpitalu. Ona: Wiem, pomyślałam, ze się nudzisz.
OdpowiedzUsuń