Grinch. Rekonwalescentka.
Od niepamiętnych czasów jestem Grinch.
Pozostałości po świętach za czasów mieszkania z rodzicami, gdzie wszystko było robione w dwa dni przed świętami, bo musiało być na świeżo, więc totalny p.i.e.r.d.o.l.n.i.k. na chacie, jeden wielki nerwowy krzyk, wyzwiska i ogólne darcie, po których jakoś nie umiałam się przestawić i przejść gładko do wigilijnej zgody.
~~~~
Zresztą, z tego samego powodu nienawidzę robić zakupów w sobotę. Za młodu odwieczna musztra poranna i wyścigi po ładne warzywa. I darcie o 9:00, że pół dnia minęło.
Dlatego w dorosłym życiu chodziłam na zakupy w niedzielę: oprócz tego powodu co wyżej o wiele mniej ludzi (dożywotnio zaprogramowanych na poranny / sobotni pościg), co mnie też masakrycznie przebodźcowuje.
Obecnie dramat, bo jak niedziele nieczynne to w sobotę późnym popołudniem - półki puste.
[W tym momencie nie mogę nie wspomnieć o naszej byłej współpracownicy, która jako prawdziwa chrześcijanka, siedząca w pierwszych ławkach w kościele pierwsza była za wolnymi niedzielami. Miała sezonową działalność, więc pytam: rozumiem, że pani zamyka działalność w niedzielę? - nie no coś ty, to jest praca 24/7. I pani pracownicy pracują? - no tak, tak, nie da się inaczej.
No. Czyli w sezonowej pracy jest "raz, dwa, trzy Bóg nie patrzy" 😅]
Podobnie ze sprzątaniem: nienawidzę w sobotę. Obecnie jestem tak dojechana po 5 dniach pracy, że sobota dla mnie dniem lenia. Sprzątam jak mam wenę zazwyczaj w niedzielę, jak podładuję akumulatory.
~~~~
Dodatkowo nie cierpię okołoświątecznego czasu, bo jeśli cokolwiek załatwiam i czekam na coś - przez wolne często od świąt do nowego roku - wydłuża się niebotycznie.
[Największą traumę miałam jak kupowałam mieszkanie na dożywotni kredyt hipoteczny. Przez święta wydłużyło mi się czekanie na decyzję, a od nowego roku wchodziła jakaś zmiana w przepisach i już nie miałabym zdolności kredytowej...]
Po zwykłe codziennie zakupy nie dopcham się do kasy, muszę poczekać aż każdy nabije swój przepełniony z czubem kosz. A ja stoję z mlekiem do kawy, mieszanką warzyw i mozzarellą.
A jak się wybieram na zakupy dwudniowe to zostawiam prawie 200 zeta za siatkę zakupów... w domu studiuję dwa razy rachunek i choć widzę czarno na białym wciąż mam mindfuck... yyy, za co???
Dodatkowo teraz już na 3 dni odcięty dostęp do różnych usług (jak u mnie obecnie weterynaryjne: w razie konieczności musiałabym jechać gdzieś do Trójmiasta i zapłacić oczywiście podwójnie).
I oczywiście muszę się zaopatrzyć na 3 dni, mimo, że nie szykuję nic na święta, ale jeść muszę.
A jeszcze jak pracujesz w usługach to milion razy musisz powiedzieć "dziękuję bardzo, wzajemnie".
O obłudzie tylko wspomnę.
~~~~
Tak więc od lat chcę ten czas po prostu przeżyć. Nie ubieram choinki, nie robię generalnych porządków (na te zawsze mnie nachodzi bliżej lata 😉), nie pucuję okien. W tym roku mam wyjątkową melinę na chacie bo nie miałam głowy do niczego w związku z Wilmą. Nawet w sumie lodówka prawie pusta 😅 Poleciałam tylko po 20 jaj, ryba w zamrażalniku, to jakoś przeżyję 😁
~~~~
A dziś jeszcze leciałam do weta.
Wilma strasznie osowiała, leżała tylko, mało jadła, prawie wcale, nie piła (oprócz sosu z odrobiny mokrej karmy). Jak przychodziłam do pokoju to nawet nie unosiła głowy.
Spanikowałam totalnie, czy może coś się dzieje. Szczęście w nieszczęściu ktoś odmówił wizytę i weszłam na to miejsce. Więc przed 14:00 zapakowałam Wilmę w wózek i do weta.
Wetka jej zmierzyła temperaturę, obejrzała bliznę, zrobiła usg czy nie zebrała się woda. Wszystko ok, wetka powiedziała aby ją na chwilę wyzwolić z kubraczka w domu, aby mogła się nieco ożywić, bo często on aż tak na koty działa.
~~~~
Uspokojona wróciłam do domu. A Wilma zachwycona jak zawsze jazdą w wózku! Jak była lejąca, ledwo żywa tak teraz turbo speeda dostała i wokół wózka się kręciła, i stawała na dwóch łapach aby do niego się dostać. Raz nawet solidnie miauknęła: "ej szoferka, ślepa jesteś?? ja tu czekam!" 😅
Nie mogłam dosłownie uwierzyć. I pojadła, i poszła sobie na swoje poziome drapaczki. ❤️
Za jakiś czas dostałam też zapytanie z lecznicy z Gdańska, jak się Lusia czuje. W szoku byłam w sumie. No to opowiedziałam o swojej panice i też napisali, że gdy jestem obok to mogę ją na chwilę z kubraczka wydostać. I tak też postanowiłam zrobić.
Ale wtedy kota wykorzystała oczywiście swobodę na wylizanie futra. I niestety zabrała się zbyt maniakalnie za ranę. No to znowu w kubraczek i na razie jednak muszę mieć twardą doopę i się nie łamać na jej smutny widok jak jest w nim.
~~~~
Wczoraj natomiast miałam kolejny mikrozawał: kota nagle wychodzi z legowiska i widzę, że ma jakoś zaplątany sznurek w pyszczku i przez szyję. Rzuciłam się do niej i zaczęłam rozplątywać. Okazało się, że wstążka od kubraczka wbiła jej się w kieł i ten sznurek zaciskał szyję... no myślałam, że zejdę!!!
Tak więc jedyny pożytek z tegorocznych świąt, że jestem w domu i mogę doglądać Wilmy.
A oto moja rekonwalescentka:

U mnie w domu też melina, tu powodem moja niemoc zdrowotna. Choinki tez nie ma ani żadnych ozdób świątecznych. Wigilia zleciała niezauważona. Rano wstałam, ogarnęłam się, pojechałam na dializę, wróciłam, zjadłam cos małego i pospałam do 21.00
OdpowiedzUsuńIza, tak sobie o Tobie myślałam właśnie w kontekście tych dializ, że pewnie byłaś, bo akurat w tym przypadku nerki sobie nie robią wolnego z powodu świąt wiadomo... biedna!! szacun, że i tak się ogarniasz, bo chyba w przypadku tak ledwo funkcjonujących nerek to chyba niemoc siłowa jest nie do przezwyciężenia? W sensie ja kiedyś się przetrenowałam w jednym tygodniu tak bardzo, że aż pod koniec tygodnia mi krew z nosa poleciała i wtedy dostałam takiej niemocy, że nie miałam sił dosłownie ruszyć ręką! I nie mówię nawet wcale o zakwasach, to była taka ogólnoustrojowa niemoc. Przez tydzień nie byłam w stanie dojść do siebie i ledwo się z łóżka podnosiłam. Przypuszczam, że pewnie tak się teraz czujesz cały czas...
Usuń