Gin. Luckyone13. Psychodietetyczka. Wilma.
Wpis na szybko, bo mam dziś trochę do zrobienia, a słabo spałam, więc zaraz mi siły opadną jak znam życie i się rozleniwię 😉
~~~
Gin.
Tutaj jeszcze nie wspominałam, ale mam też trochę problemów zdrowotnych, mam skierowanie do szpitala na operację (ginekologiczne sprawy). A do specjalisty dostałam się dopiero na marzec tego roku (prywatnie oczywiście). Czas oczekiwania jest minimum 3 miesięczny, ale to ja pokpiłam sprawę - czego też nie umiałam pojąć i do dzisiaj nie mogę...
Miałam dzwonić 1 września (poniedziałek) aby się umówić na wizytę. U mnie początek miesiąca to zamknięcie poprzedniego, więc totalnie brak czasu na cokolwiek, jestem też wtedy bombardowana mailami, telefonami i ogólnie jedno wielkie dzikie szaleństwo i przebodźcowanie. W związku z tym cały weekend pracowałam aby tego 1.09. od rana naparzać telefony do kliniki. Oczywiście nie ustawiłam przypomnienia no bo jak miałabym zapomnieć??? Przecież właśnie dlatego w niedzielę do późna siedziałam w robocie.
I co? Przypomniałam sobie w poniedziałek o 17:30 i już do lutego nie było miejsc a rejestracja do grudnia wstrzymana...
Najpierw miałam totalnego kaca, wydzwaniałam z prośbą o zapisanie mnie na listę rezerwową (raz zadzwonili ale akurat miałam okres), nie mogłam wyjść ze zdziwienia co to się zadziało i jak mogłam o tym zapomnieć... Aż w końcu do mnie dotarło: skoro jestem już tak beznadziejna, że nie potrafię załatwić takiej sprawy to znaczy, że tak ma być i faktycznie powinno mnie jakieś choróbsko zabrać do piachu i tyle... że to już czas na mnie bo inaczej zapewne odpierdolę coś o wiele gorszego...
~~~
W międzyczasie też koleżance z drugiego oddziału zdiagnozowano potworniaka, na obrazowaniu wyszło, że jest łagodny to zamknęli jej kartę dilo i termin operacji na 2028 r....
Jak ja to usłyszałam to pomyślałam sobie: czym ja się przejmuję, jak ona z nowotworem bo łagodny termin operacji za 3 lata, to ja z moimi guzami endometrialnymi poczekam 5 lat! co tam te 3 miesiące opóźnienia... i wyluzowałam totalnie odpuszczając już sobie to samobiczowanie.
~~~
A wczoraj dostałam telefon z kliniki, że zwolniło się miejsce na jutro! I najbardziej się cieszę, że chyba wróciło częściowo moje szczęście w nieszczęściu, które podejrzewałam już mnie pomału opuszcza (bo chociażby zapomniałam zafakturować te 5 baniek, ale jak teraz myślę - miałam przecież totalne szczęście w nieszczęściu, że kontrahent mi o tym przypomniał, a jest to opcjonalne i wcale nie musiał!), bo szczęśliwie jakoś chyba w niedziele pod wieczór dostałam okres! I akurat myślałam sobie, że tak bardzo bym chciała w tym marcu być akurat po okresie, wtedy najlepiej widać wszelkie zmiany, a tu proszę! jutro wizyta a ja wczoraj miałam ostatni dzień okresu! No rewelacja!
W sensie normalnie mój gin to już by sapał, że za późno, bo powinnam już dziś a najlepiej wczoraj na końcówce 😉 Ale ostatecznie ja już okres mam co 2 miesiące ostatnio, więc przypuszczam, że jeszcze nic się nie zadziało jeśli chodzi o szykowanie do jajeczkowania. Mój gin ostatnio przyjmował już tylko raz w tygodniu i turbo ciężko mi było ucelować w idealny czas, gdzie praktycznie od razu byłam zapisywana, a co dopiero u tego specjalisty z 3 miesięcznym okresem oczekiwania!
~~~
Choć nie ukrywam: ostatecznie cieszyłam się, że wizyta dopiero w marcu bo nadal nie jestem gotowa psychicznie na to co mogę usłyszeć... Ale z drugiej strony idę przez życie z przekonaniem, że wszystko dzieje się po coś i z jakiejś przyczyny, więc skoro mimo umówionego terminu zadzwonili do mnie - nie będącej już na liście rezerwowych przecież - że termin się zwolnił i mogę szybciej (no bo przypuszczam było mnóstwo oczekujących a także zapisanych przede mną) to znaczy, że tak ma być i być może znowu będę miała szczęście w nieszczęściu, że pójdę jednak szybciej. Jestem przekonana, że wyniknie z tego jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności 😉
Stąd na V. mój pierwszy nick: Luckyone13 😊 zawsze miałam jakieś takie wewnętrzne przekonanie, że mam szczęście w nieszczęściu, które zrodziło się z doświadczeń - tych ciężkich. Bo oczywiście miałam milion innych doświadczeń, gdzie tego szczęścia nie miałam, ofc 😉 Ale w tych wielkich, o możliwych poważnych konsekwencjach zawsze mnie coś przed nimi ochroniło: totalnie szczęśliwym trafem.
A ponieważ dość szybko miałam takie doświadczenia i sytuacje - jestem przekonana, że moja wiara w to szczęście w nieszczęściu przyciągała kolejne 😊
Z wiekiem jednak miałam coraz bardziej w głębi duszy strach, że w końcu mnie to szczęście w nieszczęściu opuści... w końcu nic nie trwa wiecznie.
~~~~
Psychodietetyczka.
Wczoraj miałam pierwsze spotkanie, miało trwać 1,5 h zeszło nam ponad 2 h. Ja mam tak, że zawsze umawiam się online na ostatnią możliwą godzinę, bo wtedy można trochę przekroczyć (jak wizyty są pomiędzy to wiadomo czasu się ściśle przestrzega). Ale takiego przekroczenia to się nie spodziewałam!
Babeczka fenomenalna! Sama ma ADHD, więc doskonale rozumie o co chodzi, zadawała mnóstwo pytań, wszystko notowała i po prostu zszokowała podejściem.
Po pierwsze totalnie inaczej niż wszyscy nie wspomniała nic o tym, że muszę mniej pracować, tylko rozumie, że nie mogę kosztem pracy rzucić się w wir odchudzania, że na chwilę obecną mam taką sytuację i trzeba dopasować moje odchudzanie do tej sytuacji a nie na odwrót (!!!)
Powiedziała, że przy takiej pracy nie może mnie teraz ani zarzucić, ani zostawić z tym samą, bo to bez sensu i tylko się wypalę i zniechęcę.
Ponadto odpadają wszelkie rytuały, schematy i jakieś jedne zalecenia, które mam po prostu powtarzać. Potrzebuję 20 różnych opcji, aby sobie co 3 - 4 tygodnie zmieniać, gdy wejdzie nuda lub przestaną na mnie działać, abym miała w czym wybierać.
I to naprawdę mnie zszokowało i serio od razu widać, że babeczka wie z czym się wiąże adhd! Często nawet jak mówiłam o funkcjonowaniu, czy reakcjach to mówiła: ok, to tego i tego ci nie dam bo przecież wiem, że nie ma szans abyś to utrzymała (!!)
Normalnie nie wiecie jaka to ulga przeogromna, że w końcu ktoś to wie!
Że nie przekonuje mnie, że nie ja pierwsza muszę to i to wdrożyć, że muszę się wziąć w garść, skoro mi zależy bla bla bla.
Że rozumie, że naprawdę nie mam takich funkcji wykonawczych aby coś wdrożyć (choć milion innych ludzi potrafi), nie nalega na siłę tylko zwyczajnie musi zaproponować mi coś innego.
~~~~
Na razie dostałam zadania domowe, ale nie za dużo, totalne podstawy: przede wszystkim znalezienie i dosłanie badań krwi i do następnej wizyty będę musiała zrobić dodatkowe, mam robić zdjęcia każdego posiłku, wyciągnąć z zegarka sen (bo u adhdowców ze snem dramat, często zarywamy noce i tu po raz kolejny mnie zszokowała, bo wie, że może być mi bardzo trudno wyregulować sen, ale wtedy zadziała dietą na obniżenie kortyzolu!). I przy każdym posiłku mam pisać czy to był głód, czy nuda, czy przebodźcowanie i chęć uspokojenia, itp.
Ja jak zapisywałam zadania domowe to się normalnie śmiałam, że to będzie totalna klisza! Jakby człowiek na co dzień nie ma tego wszystkiego jak na tacy, teraz te wszystkie posiłki dzienne zobaczę zbiorczo 😉 i myślę, że to już mi da do myślenia i mnie trzepnie 😉
~~~
No nic, to co mogę powiedzieć, to chyba pierwszy raz w życiu - jak totalnie nie ja - podchodzę do tego z dystansem, bez nadmiernej ekscytacji, pokładania nie wiadomo jakich nadziei i że tym razem to już się uda.
Nie rzuciłam się w wir trzaskania zdjęć, nie odpaliła mi się chęć wyrzucenia śmieciowego żarcia i teraz od dziś już tylko zdrowa dieta, itp.
Prawdopodobnie dlatego, że w głębi duszy, jak pisałam, straciłam nadzieję. Wszystko tak dużo czasu mi obecnie zajmuje, to co kiedyś działało w kwestii odchudzania czy ćwiczenia - teraz kompletnie nie widać efektów.
Babeczka zapytała mnie czemu się do niej zapisałam, skoro straciłam nadzieję? powiedziałam prawdę: że to był impuls, jak zawsze, plus mój instynkt samozachowawczy. Wiedziałam, że jak z moją Wilmą będzie źle to chcę mieć "coś" co nie popcha dalej do życia.
~~~~
Wilma.
I właśnie przed chwilą zadzwonili z przychodni weterynaryjnej. Onkolożka nadal na urlopie ale przyszły wyniki Wilmy, wyszedł naczyniak i poprosiła aby nas umówić na dalsze badania: usg, echo serca i TK.
Czytałam o tych naczyniakach, bo już wtedy wetka mówiła, że tak to jej wyglądało. I pamiętałam, że jest forma łagodna i agresywna i babeczka z recepcji nie umiała powiedzieć jaka, tylko że naczyniak.
Mi się oczywiście w sekundę stres odpalił. Weszłam do neta i okazało się, że ten agresywny to naczyniakomiesak. A wynik naczyniak. Przypuszczam te badania mają na celu zweryfikowanie czy nie ma przypadkiem gdzieś przerzutów, bo naczyniak to choroba układu krwionośnego, więc łatwo o przenosi...
Na razie Wilma rozbrykana, kompletnie nie widać aby jej cokolwiek było, więc trzymam się wersji, że to naczyniak łagodny i został wyłuszczony więc jest ok.
Jestem umówiona na 03.02. na te badania, znowu muszę zorganizować transport.
U mnie to zamknięcie miesiąca, więc hardcorowo, ale nie chciałam tego odwlekać.
Komentarze
Prześlij komentarz