Kuchnia. Wilma. Praca.
Uff, zakończyłam jeden z cięższych tygodni w pracy. Zamknięcie miesiąca i roku, więc turbo stres aby się wyrobić.
Termin był do czwartku więc wczoraj już na większym luzie cały dzień obrabiałam pliki przygotowując je na nowy rok. I jeszcze nie skończyłam 😉 Ale w głowie znalazła się przestrzeń na inne rzeczy i przypomniało mi się, że tabsy mi się kończą i miałam dzwonić do lekarza, tym bardziej, że były dostępne u nas.
[Ogólnie zauważyłam odkąd nowy lek na ADHD zaczął być i u nas dostępny na receptę, który zawiera lisdeksamfetaminę, czyli pochodną fety, nie jak medi prekursor (chyba taka to różnica) to zdecydowanie poprawiła się dostępność mojego i już któryś raz udaje mi się dostać w moim mieście, co mnie cieszy oczywiście 😁].
~~~
W ciągu dnia szykując obiad udało mi się na szybko ogarnąć kuchnię, co już wprawiło mnie w dobry nastrój 😉
A po pracy, po tym jak zaliczyłam emocjonalny rollercoaster (o czym będzie na końcu) natchnęło mnie na... rozmrożenie i umycie lodówki! 😅 Była już uwalona totalnie, bo niedawno wylał mi się sok pomidorowy położony skośnie, plus nie zabezpieczyłam słoika z kapustą kiszoną i się wylało na szkło... No i już nie pamiętam kiedy ją odmrażałam.
Szybko sprawdziłam pogodę i jaki fuks! jeszcze tylko tej nocy miało być -5 a potem parę dni -1 i 0 (!), więc szybko przeładowałam zawartość zamrażarki do worków termicznych i wrzuciłam na balkon w śnieg, a z lodówki - w sumie prawie pustej - w karton, aby aż tak nie przymarzło. I zaczęłam myć.
W międzyczasie dostałam receptę, więc poleciałam do apteki, na szczęście lód nie zdążył aż tak odtajać aby gruba ścierka, którą włożyłam do środka przemokła. Odlodziłam zamrażarkę i dokończyłam mycie. Jaka byłam szczęśliwa! 😅
Zawsze robiłam to jakoś przed sezonem, kiedy już mało owoców z poprzedniego roku, aby przygotować na nowe dostawy sezonowe. Ale wtedy muszę ze wszystkim lecieć do rodziców na przechowanie, bo ciepło już, wiadomo, popakować wszystko w gazety co ponoć dodatkowo zabezpiecza przed rozmrożeniem. A teraz jedynie w worki termiczne i na balkon! Postanowiłam już zawsze czekać do zimy i wtedy odmrażać i myć lodówkę 😉
~~~~
WILMA.
Nadal ma strupki, więc ten tydzień - oprócz poniedziałku - też poprosiłam o zdalną. I całe szczęście bo w czwartek kota znowu zahaczyła kłem o tasiemkę przy wylizywaniu i zaczęła się podduszać (!!!). Akurat rozmawiałam z koleżanką z centrali, rzuciłam telefon i biegiem do koty. Ona zaczęła się szarpać, co tylko utrudniało mi dostęp do wiązania bo sznurek się zaciskał na niej 🙈🙈🙈 W końcu przechyliłam jej głowę w dół i wyjęłam ten sznurek z kła, ale musiałam mieć taki strzał adrenaliny, że po wszystkim jak schodziła za mnie nogi mi się normalnie trzęsły...
A jeszcze jak pomyślałam, że w poniedziałek byłam w pracy i wróciłam chyba jakoś około 18:00 dopiero... matko! I jak tu ją zostawić samą??? Ona musi być w tym kubraku jeszcze a ja będę musiała od poniedziałku do roboty 😭
Planowałam wyprać jej kubraczek i na tę chwilę ubrać drugi (nieco za mały, ale na krótki czas ok). I postanowiłam przy okazji uebać te wszystkie pieprzone sznurki i zamienić je na cienką gumkę kapeluszową zapinaną z jednej strony na zatrzaski, aby nic nie wisiało i nic jej się nie miało szans wbić w kły!
I muszę powiedzieć jestem bardzo zadowolona z efektu. Zostawiłam tylko tasiemkę na karku, którą też skróciłam i zapina się na zatrzask, bo do tej nie sięgnie paszczą, a cienka gumka nieco jej się wrzynała, bo jednak kark mocno pracuje przy chodzeniu, czy zmiany pozycji ciała i głowy, ale te grzbietowe to na luzie. I jestem już nieco spokojniejsza.
I chyba się znowu zapiszę na kontrolę do weta.
~~~~
A na koniec PRACA. Można sobie darować, bo będę sobie ulewać tylko i wyłącznie dla spuszczenia pary i zrobienia NIC w kierunku zmiany sytuacji 😜😄
W pracy wraca jak boomerang sprawa tej faktury, którą zapomniałam wystawić na 5 baniek... została wstrzymana akceptacja do tego roku, bo budżet na tamten rok był przekroczony. Już dostaliśmy podpisane dokumenty i znowu wstrzymanie, bo księgowość nie uwolniła dodatkowych środków zabezpieczonych na tę usługę...
Ja już regularnie mam wizję spłaty dożywotnio i w zasadzie pośmiertnie też 😁 tej kwoty, jak nie zapłacą, choć przekonują, że zapłacą. Co wspominam o tym zapomnieniu to szef mi ciągle mówi, że zdarza się i mam się nie przejmować, no ale co widzę połączenie od osoby, która popycha płatność po stronie kontrahenta to mam mikrozawał...
I już ostatnio powiedziałam, że u nas wszyscy wiedzą, że to wstrzymanie przez moje opóźnienie w zafakturowaniu, ale osoba po stronie kontrahenta twierdzi, że to jej wina w obliczeniach budżetowych.
~~~
Anyway, w piątek najpierw dostałam zielone światło, wiec ulga i radość ogromna. Ale potem przed końcem pracy czerwone i w pierwszym odruchu zaliczyłam potężnego doła, ale w drugim bunt totalny i zlewkę.
Bo prawda taka, że przeoczyłam to z powodu szykowania danych do wgrania do systemu w związku z wygraniem kolejnych dwóch przetargów. Łącznie do obróbki danych było około 35 tysięcy, więc miałam co robić. Dane do wgrania dostałam praktycznie jak już zaczęły obowiązywać umowy (w sensie od kontrahenta wcześniej mieliśmy ale były niekompletne dla naszych potrzeb i wymagań, stąd czekaliśmy na pozostałe, to skomplikowane i nie będę już rozwijać, ale w każdym bądź razie nie mogłam tego zrobić wcześniej),a więc zbiegło się to również z zamknięciem miesiąca.
~~
Siedziałam więc do nocy aby to obrobić, żeby nie było kar, szefowi bardzo zależało. Wszystko poszło sprawnie, dział IT w trybie priorytetowym wgrał do systemu. I co się okazało? Kolega, który był odpowiedzialny za kolejną część niezbędną do prawidłowego działania "walczył" z plikiem z chatem GPT (o czym już wspominałam) na kompletnym luzie i jeszcze 2 miesiące nic nie działało.
Ja z kolei tą kumulacją z@pierdolu w krótkim czasie się dojechałam, plus zaraz po zamknięciu miesiąca koleżanka poszła na tydzień urlopu więc jeszcze ją zastępowałam i ostatecznie wybiłam się ze swojego rytmu a zawsze po zamknięciu miesiąca szykowałam dokumentację do tej faktury bo najpierw musi być akcept. Ale zbombardowana dodatkowymi obowiązkami zapomniałam.
I wczoraj, po tym właśnie kolejnym czerwonym świetle stwierdziłam, że mam już wyjebkę: gdyby nie cisnęli mnie o te dane, mogłabym je przygotować na większym luzie po zamknięciu miesiąca i zafakturowaniu wszystkiego, skoro i tak to nie działało. I zapewne wiedzieli, że gostkowi to zajmie więcej czasu i jeszcze długo działać nie będzie. Więc już serio mam w doopie, bo czemu ja musiałam cisnąć, czym mnie wyeksploatowali i narazili na błędy a inni mogli sobie robić w spokojnym tempie z poszanowaniem własnego odpoczynku??
~~~
Plus w kolejnym miesiącu sytuacja się powtórzyła, bo na zamknięcie miesiąca okazało się, że coś co zawsze nam szef działu IT wgrywał - nie zrobi, bo nie ma czasu, za to zrobił mi 7-mio minutowe szkolenie i ja się miałam tym zająć... I gdy informowałam o tym szefa, to powiedział w totalnym niedowierzaniu, że na mnie to zrzucili: gdybym nie znał twojego podejścia to normlanie nie wyobrażam sobie co by było...
I ja z całej rozmowy to właśnie zapamiętałam: znają moje podejście, wiedzą, że ogarnę więc zarzucają. Sama ich do tego przyzwyczaiłam.
Ja się po prostu nie nadaję na korpo.
Ale to już wiem. Że moja wina to też już wiem (więc oszczędźcie mi linczu bo zapewniam sama już go sobie zaserwowałam 😉), nie mam jaj tego odkręcić więc choć się tutaj wyżaliłam i tyle mojego.
~~~~~~
Aaaa, no dobra, to jeszcze jako BONUS dla czytających do końca 😁 dopiszę, że zaczęłam już codzienne rozciąganie 😉 Praca zdalna na mnie naturalnie to "wymusiła".
W pracy stacjonarnej mam o wiele większe odległości do kuchni, czy łazienki. O wiele też wygodniejsze krzesło, które pozwala na regularne przeciąganie się a podczas przeciągania napięcie i relaks mięśni, co często uskuteczniam.
Na zdalnej na moim M2 to ja nie poszaleję, plus kanapa jednak nie daje mi takich możliwości, bo oprócz lapcia pracuję na dwóch dodatkowych monitorach, więc nie mogę z lapciem na kolanach 😉 I moje ciało zaczynało być turbo spięte i "wołać" o rozciąganie!
Teraz tylko aby utrzymać systematyczność, w końcu do zmiany i rekompozycji ciała nie trzeba być idealnym ale systematycznym .😊💪
Plus ja po piątkowym rollercoastorze postanowiłam, że co ma być to będzie, muszę ćwiczyć aby nie zwariować i mieć siły, bo wiem, że przyjdą o wiele gorsze rzeczy z o wiele większym emocjonalnym obciążeniem i nie mam tu na myśli pracy...
Doszłam do końca i miałam bonus:D. Dobrze z tym rozciąganiem. Ja mam codzienny mus, wymyślilam sobie: jazda na rowerze i słuchanie BBC 6 min podkastow czyli dwa w jednym oraz zrobienie 1 raz formy tai chi żeby ją udoskonalić. Chce w tym roku pracować nad doskonaleniem tai chi I przypomnieniem angielskiego. Te dwie rzeczy na razie.
OdpowiedzUsuńA z kotem przeżyłaś horror. Dobrze że byłaś w domu.
Usuń