PRACA cd. spuszczenie pary, można sobie darować.
Byłam dziś w pracy po kolejnym tygodniu zdalnej. No i oczywiście spóźniona.
Szło się fatalnie, bo sól zrobiła wszędzie turbo breję, której oczywiście nikt nie zebrał - standard u nas. A ja będę miała zaraz po butach, bo ta sól mi zawsze niszczy.
A śniegu tyle, że tam gdzie ludzie z firm odśnieżali kopce przewyższały dosłownie ludzi.
~~~
Na naszym placu też breja nieprzeciętna, tym bardziej, że nasze specjalistyczne auta ciężarowe są kilkunastotonowe, więc zrobiły niezłe grzęzawisko. Ale żadna z dyspozytorek nie pomyślała, aby zorganizować pług, albo chociaż powiedzieć chłopakom aby choć posypali piachem.
I najpierw zagrzebał się dostawczak. Odśnieżali, próbowali ruszyć - nic, stali w miejscu. Ja nic nie wiedziałam, bo nie widzę placu od siebie dopiero jak dyspozytorka z drugiego biura przyszła do młodej na ploty i skomentowała głośno, że "oni tam nie mogą wyjechać i co teraz?" Jak to usłyszałam to powiedziałam, że trzeba im karton podłożyć pod koła, ale od razu powiedziały, że nie, to nic nie da. A ja pamiętam, że którejś zimy poprzednia pracownica tak wyjechała. Dla mnie pomysł aby spróbować z kartonem lepszy niż żaden, więc poszłam od razu do archiwum, wzięłam dwa długie stare kartony i wyszłam do gostków aby podłożyli pod koła.
A dodam, że jako jedyna nie jeżdżę autem 😉
Dziewczyny wyszły pomóc i z gościem we czwórkę pchaliśmy tego dostawczaka. Ale co udało się ruszyć na tych kartonach to kawałek dalej znowu wpadał w breję. Więc faceci odśnieżali, my podstawiałyśmy kartony i pchanie auta. I tak co kawałek i udało im się w końcu wyjechać.
Ja nie ukrywam byłam przeszczęśliwa i w swoim żywiole 😅 coś się działo i przede wszystkim mogłam fizycznie się posiłować 😁💪 I też miałam radochę, że byłam zaradna 👍 mnie to realnie cieszy, jak umiem zaradzić na jakiś nagły problem. Młoda później mówiła, że ja to normlanie dostałam aż skrzydeł, latałam wokół samochodu z kartonami i pierwsza byłam do pchania 😄
Później jeszcze listonoszka się zakopała to razem z nią szuflowałam pod kołami 😁
W międzyczasie dzwonił szef, więc jak oddzwaniałam powiedziałam mu, że sorki, ale gościu się zakopał i pomagałyśmy mu wyjechać, licząc w duchu, że szef zmobilizuje dyspozytorkę do ogarnięcia pługa 😉 bo nie jestem jej przełożoną a jak wspomnę to zaraz obraza. I nie minęło 15 minut jak przyszła i mówi, że około 14:00 będzie pług 😁
~~~
A rano jak przyszłam to oczywiście pierwszą godzinę pracy zaczęłam od: uzupełnienia płynu do naczyń w dozowniku, papieru toaletowego w kiblu, przyniesieniu z archiwum worków na śmieci do szafki w kuchni i włożenia worków do koszy, porządku w archiwum bo musiałam sprawdzić jakie tonery brakują, a młoda wkłada zużyte tonery do kartoników i pierdolnie z powrotem do kartonu z nowymi. Plus robiłam spis rzeczy, które trzeba zamówić, co tydzień temu miała zrobić...
Oczywiście historia z tym związana jest taka, że tydzień temu ją o to poprosiłam aby posprawdzała, że w domu na zdalnej zamówię. Oczywiście powiedziałam i zajęłam się dalej fakturowaniem. Po paru godzinach poszłam włożyć papier z logo do drukarki, która stoi u niej aby puścić faktury, bo głównie po to poszłam do pracy. Młoda była w kuchni i myślała, że zabrałam się za zaglądanie w szafki z różnymi artykułami biurowymi i spisywanie braków, i z kuchni z fochem do mnie i sapnięciem: o jeny, już się za to zabieram przecież. Ja zrobiłam wielkie oczy, ona jak się kapnęła, że szłam do drukarki powiedziała: a sorry.
Powiem szczerze, że zszokowała mnie jej reakcja, bo w końcu nigdy nie nalegam na natychmiastowe zrobienie czegoś, tylko w czasie jak sobie ogarnie to co obecnie robi, czy co jest priorytetowe. Ale dziś już musiałam zamówić, bo kończył się papier ksero a zamawiam też dla drugiego oddziału.
~~~
Aa, no i piec się w weekend zawiesił, co mu się zdarza jak są jakieś spore różnice temperatur i mówię im zawsze, że wystarczy zrobić reset. To oczywiście żadna do niego nie poszła, bo wiedziały, że przyjdę i ogarnę.
A ja siedziałam cicho i czekałam, która się odezwie. Mi było gorąco po tych 2 km w brei, że jeszcze godzinę ze mnie parowało, plus lubię zimny wychów, ale młoda nawet jak jest na plusie to zawsze kaloryfery na fula, a teraz przy -5 "nawet nie zaważyła" 😄 Jasne! 😄
Druga po godzinie dzwoni i pyta czy zadzwoniłam po kogoś do pieca? Udałam durnia i pytam: nie, a czemu ja miałam dzwonić? i w ogóle czemu? - No nie grzeje. - A wcisnęłyście reset? - Nie... (i szybko dodała oczywiście kłamiąc) bo rano jeszcze grzał. Jasne 😄 Tylko on nie pierwszy raz się nam zawiesił w weekend i zawsze w poniedziałek od rana już nie grzał...
I dosłownie: poszłam do serwerowni gdzie wisi piec i wcisnęłam przycisk "reset". Cała naprawa pieca (!)... Dla mnie to są serio kpiny: aby dwie po studiach dziewczyny potrzebowały mnie bez studiów do wciśnięcia jednego przycisku... I to nie chodzi o to, że nie mają czasu, bo jak przyszłam obie plotkowały, co zapewniam trwało nie wiem ile razy dłużej niż wciśnięcie tego resetu. Wolały marznąć jedna godzinę druga dwie. Mnie to realnie szokuje i totalnie nie rozumiem: ich motywacji braku jakiegokolwiek działania! Tylko dlatego, że to nie jest w ich obowiązkach?? Moich też nie, też się na tym nie znam. Jeszcze zrozumiałabym, gdyby wymagało to nie wiadomo jakiego nakładu czasu pracy, ale no jedno kliknięcie. Albo chociaż mogły zgłosić kierownikowi. Też nie. Wolały marznąć, męczyć się i poczekać na kogoś kto to ogarnie niż zadziałać, czyli powtórzę jeszcze raz: wcisnąć przycisk reset (!!!). WTF???
~~~
W ogóle natrafiłam na fajny kanał na YT: korpobiurw, no bawi mnie przednio i super tą całą korpopolitykę punktuje 😉 I mówi oczywiście wprost jak jest, że nikt nie doceni starań, nie podziękuje na łożu śmierci za wkład, itp. Ja oczywiście zdaję sobie z tego sprawę i jak muszę siedzieć po godzinach to nieustannie mam wizję dnia mojego odejścia: dostanę skromny prezencik, może jakaś sztywna impreza pożegnalna, po czym na moje miejsce przyjdzie kolejna osoba i korpo życie będzie dalej się kręcić a o mnie już na drugi dzień zapomną.
Tak jak my zapominamy o tych co odeszli. Bo trzeba się uporać z przeszkoleniem nowych, potem nadrobieniem zaległości, plus na bieżąco reagować na milion wrzutek i nie ma czasu na pitolenie i rozmyślanie.
~~~
U nas od ubiegłego roku zaczęli wysyłać imienne statuetki ze szkła z flagą z logo firmy na okrągłe rocznice pracy, już dwóch kierowców dostało na 10-lecie. Dla mnie totalnie PRLowskie, kosztują 450 zeta i ja już wolałbym to dostać w premii 😉 I jak w piątek przyszła ta druga był akurat kierowca, który pracuje już 39 lat i skomentował, że on nic nigdy nie dostał, więc śmiałam się, że na 40-lecie powinien dostać pozłacaną miniaturę naszego specjalistycznego samochodu 😁
I dziś przyszedł mail z pożegnaniem jednego z prezesów po 30 latach pracy ze zdjęciami i co ja pacze? Dostał dyplom i... model specjalistycznego auta 🤣🤣🤣 zwykły ofc, nie był pozłacany :D
~~~
Z drugiej strony co oczekiwać po wieloletniej pracy dla korpo? No czego? Ostatecznie nie pracowaliśmy za darmo, co miesiąc za pracę dostajemy wynagrodzenie, które niejako jest comiesięcznym podziękowaniem za nasz wkład. Nikt nas siłą przecież nie trzyma...
A kariera w korpo? jak nie jesteś na samej górze i nie masz udziałów to kariera kończy się na umowie o pracę i stałym wynagrodzeniu, która jak wygasa to razem z wynagrodzeniem. Nie jesteś właścicielem, nie masz udziałów i nie czerpiesz innych zysków.
Przysłużysz się do rozwoju jakiegoś oddziału korpo, w którym pracujesz = nadal robisz to zwiększając zyski właścicieli, nie swoje. Kiedy wspomina się jakieś wielkie korpo to nikt nie wymienia zasług poszczególnych oddziałów, mówi się tylko o założycielu, pomysłodawcy, właścicielach. To ich sukces.
Oczywiście, że bez korpoludków nie byłoby tego sukcesu, ale jeśli jakieś korpo globalnie zatrudnia 4 tys. pracowników to my jesteśmy 1/4000 tego sukcesu.
~~~
Ja naprawdę to rozumiem, rozumiem jak działa korpo, że tego nikt nie doceni, itp. Ale ja tu, gdzie pracuję nie robię tego dla rozwijania jakiejś tam kariery, ani nie robię tego dla jakiegoś uznania moich wieloletnich zasług, itp.
Pracuję przede wszystkim dla tego miesięcznego wynagrodzenia i możliwości utrzymania się za nie, plus mojej własnej codziennej satysfakcji jaką mi daje bycie skuteczną i zaradną. Nie siedzę po godzinach myśląc, że kiedyś mi ktoś za to podziękuje i doceni. Liczę, że zrobi to pod koniec miesiąca w premii 😉
Może dlatego, że tak dramatycznie i po całości nie radzę sobie w życiu prywatnym? Więc aby zachować choć odrobinę poczucia jakiejkolwiek wartości poświęcam zdecydowanie za dużo czasu pracy bo chociaż na tym polu mój wysiłek ma konkretny, mierzalny rezultat, przynosi efekty? I choć na tym polu nie zawalam? czy raczej nie zawalałam...
Ale poza tą skutecznością nie mam żadnych szczególnych umiejętności, aby "walczyć" o siebie, czy zmieniać pracę. Plus tutaj mam naprawdę adhd-friendly warunki pracy: własne pomieszczenie biurowe (jak jeździłam po oddziałach na jakieś szkolenia to wszędzie open space 🙈), brak szefa stojącego nad głową, samodzielność, sporo samodecyzyjności, oprócz oczywistych deadline'ów w miarę elastyczne rozłożenie zajęć, różnorodność, możliwość pracy zdalnej jeśli mam taką potrzebę, plus blisko, bo tylko 2 km.
Przy czym dodam, że to są warunki adhd-friendly dla zawodu księgowej, który z kolei nie jest kompletnie adhd-friendly 😉
~~~
A jeszcze przy okazji dodam, że lubię być skuteczna, co nie równa się byciu wykorzystywaną przez współpracowników, a tak się czuję, gdy czekają na mnie abym ogarnęła np. piec, który się zawiesił, a wznowienie jego pracy nie wymaga jakichkolwiek kwalifikacji, ani nie wiadomo jakich działań, więc żadna to dla mnie satysfakcja ze skutecznego wciśnięcia przycisku "reset"...
~~~~
No nic, jak mówiłam, ja się na korpo nie nadaję.
W korpo powinno pracować się mądrze, nie ciężko.
I jak widać te dwie pracują mądrze...
Dobra, spuściłam parę.
Komentarze
Prześlij komentarz