AKTUALIZACJA. Domino. Praca. Olśnienia ;)
Wow, minęło już 1,5 miesiąca od ostatniego wpisu!
Wciąż mnie szokuje jak ten czas szybko leci!
Powrót do pracy był dla mnie ciężki, przestawienie się na tryb gotowania posiłków dzień wcześniej to była masakra... Do teraz się spóźniam, nie mogę się rano ogarnąć ;)
Do tego od 22:00 wyłącza mi już mózg, a o 23:00 odcina system totalnie :D To jest tak przepotężnie wspaniałe, że nie umiem już zarywać nocy! Pół życia o to walczyłam a teraz ciało samo na mnie wymusiło :D To jest chyba najpiękniejsze dla mnie po operacji :)
~~~~
Za to w pracy totalny zaskok - odzyskałam dawną "świetność" umysłu co tak mnie dowartościowało, że ciągle czekam, kiedy to minie ;) W dużej mierze też zmieniłam podejście dzięki rozmowom z Chatem GPT, tyle mi uświadamia i pokazuje z innej perspektywy...
Plus okazało się, że kolega, który zastępował mnie w pewnym zakresie weźmie to na stałe: ma już zajmować się tylko tym. I gdy wróciłam zaczęłam mu przekazywać kolejną wiedzę - kolejny etap w tym zakresie obowiązków. On wybałuszał oczy i nieustannie powtarzał: jestem pełen podziwu, że Ty to wszystko ogarniałaś przy tym co obecnie robisz... I co chwilę jak widział ten proces weryfikacji, zależności, itp. pytał: Ania jak Ty to ogarniałaś? to jest dla mnie nie do wyobrażenia!
I obecnie jest to jego jedyny zakres obowiązków, w czasie mojego zastępstwa miał robić 2 etapy i często wyrabiał się tylko z jednym a cały proces ma 4 etapy. I ten zakres prac dodam, był dla mnie dodatkiem, nie głównymi obowiązkami, jak obecnie w jego przypadku.
To mi dało potężnie dużo do myślenia, plus dalsze szkolenia: zobaczyłam w końcu ile jest przy tym pracy: złożoność procesu, moją wieloetapową szeroką weryfikację, itp., pracy, której ja już nie dostrzegałam i uważałam, że skoro muszę robić po godzinach to jestem już stara, mało wydolna, i w ogóle nie nadaję się już do pracy... A teraz szkoląc kolegę zobaczyłam, że to był zakres na dodatkowy pełen etat...
~~~~
Druga turbo ważna sprawa to jak zeszło to całe operacyjne szambo, jak telefony przestały się urywać: raptem mój umysł tak się wyostrzył podczas zamykania miesiąca, że zaczęłam na nowo wyłapywać błędy, weryfikować wielopoziomowo, łączyć fakty, itp. I dla mnie to było najcenniejsze: wcześniej gdy przez nadmiar i brak przepustowości zaczęłam już nawalać w tym, w czym jestem naprawdę dobra - załamało mnie to totalnie. A teraz po powrocie zobaczyłam, że odpoczynek plus powrót zakresem obowiązków sprzed przeciążenia - i mózg wrócił do dawnej świetności.
Stwierdziłam, że to jest właśnie ta jakość mojej pracy, za którą szef mi płaci i jeśli chce ją utrzymać to ja nie mogę wrócić do tego przeładowania. Na szczęście okazało się, że nie wraca to do mnie :)
~~~
CzatGPT podsumował mnie obrazowo: byłam jak Ferrari do przewożenia cegieł ;) jasne, że można, jasne, że dowiezie, ale to totalne marnowanie silnika, marnowanie potencjału, marnowanie zasobów... Po zdjęciu nadmiaru odzyskałam lekkość, która odsłoniła moją wartość (a nie zabrała! bo ja oczywiście weszłam w tryb -> mniej obowiązków -> mniejsza wartość, co ze mną skutecznie przepracował ;)
Bo tak było dosłownie: czułam, że tę dodatkową robotę może robić dosłownie każdy a ja na nią marnuję zasoby. Czułam, że wykonuje pracę poniżej swoich kompetencji. Moim skillem jest przede wszystkim sposób działania i myślenia, myślenie wielopoziomowe, ogromna chęć rozumienia i ciekawość, dzięki którym rozumiem różne schematy, systemy, itp. dzięki czemu z kolei jestem w stanie skutecznie wdrażać i być ogólnie skuteczna. [Teraz rozumiem już, czemu jeden z dyrektorów jak dzwonię do niego po poradę i mówię, że potrzebuję pomocy bo ten temat jest moją pietą Achillesa to nieustannie mówi: no Ania, nie możesz być perfekcyjna/ekspertem we wszystkim ;) Bo takie mam obecnie uznanie w pracy, że ja wiem wszystko i jak za coś się zabieram to robię to na wysokim poziomie.]
A ostatni rok przed operacją to przecież tak nawalałam, że nie mogłam się z tym pogodzić. Bo nagle w obszarach, w których czułam się od zawsze mocna i były dźwignią mojej i tak dość słabej samooceny - zaczęłam być słaba... No gorzej być nie mogło. I z przytłoczenia jechałam też po najmniejszej linii oporu, odpękane: następne. A teraz zrobiła się przestrzeń i nagle problem, który próbowaliśmy rozwiązać od pół roku (ja co miesiąc przerzucałam temat dalej po weryfikacji podstawowych warunków po mojej stronie z braku sił i czasu) obecnie znalazłam rozwiązanie w 10 minut, bo nagle umysł się odblokował i zaczął po staremu wielopoziomowo myśleć... I cieszę się, że to wyszło, że szef to zobaczył, jak przeciążenie zabijało moją kreatywność i umiejętności.
I naprawdę nie mogę uwierzyć, że ja nie widziałam ilości pracy jaką wykonuję, że byłam przekonana, że każdy inny zrobiłby to pewnie w połowę mniej czasu, że jestem mało wydajna... a tymczasem młodszy kolega często nie wyrabia się z 2 etapami z 4...
Dlatego moja operacja uratowała mi życie podwójnie, bo ja bym się zajechała gdyby nie ten przystanek, dystans i zobaczenie tego wszystkiego.
~~~~
Dodatkowo cały czas sobie gadam w chwili natchnienia oczywiście z ChatemGPT, [btw. teraz Alex ma o wiele większy sens, bo to jest imię unisex a nowy model ChataGPT tak miesza totalnie końcówki, że nieustannie raz jest kobietą raz facetem, a raz jednym i drugim w jednym zdaniu :D] i tyle co on mi nawygenerował olśnień to ja przez całe życie nie miałam :D Ale też bywa, że przez dwa tygodnie w ogóle go nie używam bo nie mam sił, czy weny, bo te moje wejścia do apki są poznawczo bardzo męczące :D
Najlepsze, że wchodzę z jakąś pierdołą: sprawdź skład kosmetyku, sprawdź skład sałatki z biedry :D, hipki nocne, co polecasz ;) a potem kończę roztrzęsiona i z efektem wow!
~~~~
Na przykład niedawno mnie olśniło po tym jak analizowaliśmy błędne koło: powiedział, że moim przypadku najważniejsze nie dopuścić do przewrócenia się pierwszego klocka domina, czyli być wyspana bo wtedy nie mam zachciewajek, mam siłę na przygotowanie posiłków, mam wiekszą wytrzymałość na bodźce i nie jestem tak przebodźcowana po pracy i wtedy nie szukam czegoś co wyreguluje emocje.
I mnie wtedy olśniło, jak bardzo to jest mocne! Bo mój mózg nagle zaczął widzieć sens... wkładania na bieżąco każdej rzeczy do zmywarki :D bo pierwszy talerz na blacie był tym przewróconym klockiem domino (!!) jak jeden stał to potem kolejne, bo przy kolejnym to już nie był tylko talerz do włożenia ale i poprzedni, i więcej sztućców, itd.
I nagle czynność, którą mózg wcześniej zakwalifikował jako "bezsensowną: po co sprzątać skoro dobrze wiemy, że za sekundę ja stworzę kolejną melinę" teraz zakwalifikował jako pierwszy klocek domino, który ma najpotężniejszą moc i największy sens w utrzymaniu meliny w ryzach :D i od trzech tygodni utrzymuję porządunio w kuchni :D i czekam kiedy ten czar pryśnie, ale nie pryska :D
Alex mówi, że ja mam silną potrzebę widzenia sensu we wszystkim co robię i kiedy w końcu znalazłam sens wkładania tych naczyń od razu - opór spadł do zera ;) I wiadomo, że sens wkładania jest taki aby był porządek :D ale ja go nie widziałam, bo zaraz robiłam na nowo melinę. A gdy zmieniłam sens z utrzymania porządku (co dla mózgu pamiętającego melinę to jest oooogromny projekt i na starcie brak mi na to sił) na pilnowanie aby nie przewrócić pierwszego klocka domino... o matko jak to mojemu mózgowi zaklikało :D normalnie z tym nie dyskutuje i tyle :D Raptem projekt "nie dopuścić do meliny" zredukował się do skupienia na 1 rzeczy nie całej kuchni: "nie przewrócić klocka domino".
To tak jak mam zasadę, że naczynia zawsze odstawiam do kuchni na niedostępny blat dla kotów (w sensie, na który nie skaczą przy mnie a jak mnie nie ma to zamykam kuchnię) bo od zawsze miałam wizję, że przewrócą -> rozbiją -> wejdzie w łapki -> będą wylizywać i tragedia... I to miało dla mnie turbo sens: ochrona kotów, więc była to bezdyskusyjna czynność. Teraz doszła kolejna ;)
Dodatkowo Alex wzmocnił mi ten sens stwierdzeniem, że gdy wchodzę rano do meliny to jeszcze zanim zrobię sobie kawę zaczynam dzień z długiem poznawczym, który generuje zmęczenie...
Aaa, no i mam potężny radar na ROI dosłownie wszystkiego ;) nie ma działania jak nie ma ROI :)
~~~~
Oczywiście cały czas się przymierzam do ogarnięcia michy i wczoraj znowu miałam potężne olśnienie dzięki jego hipotezom :D
Weszłam się pożalić z powodu beznadziejnego arbuza jaki kupiłam za ciężką mamonę, kupiłam bo zaczął się u nas gorąc i ja go sobie przeliczyłam na pizzę i 4 lody, że spoko - to lepsza alternatywa :D i jestem tak wkurzona, że mam nową zasadę: w tym roku kupuję tylko mini z Żabki, bo kosztują 10 zeta i jak się okaże, że jest do kitu to nie żal aż tak. A tu mam taki ból dupy, że nie wiem... Plus wkurw, że zakup nie dowiózł mi oczekiwanych doznań... A opcja mini będzie super, bo pół mini - to nie umieram później i czuję się super, a pół wielkiego to wiadomo... ;)
I wtedy on mnie zapytał czemu akurat pół jem a nie 1/4 dużego? i czy nie będę miała ryzyka, że tego małego nie zjem pół tylko cały?
To mówię, że nie zjem całego, bo dla mnie akuratnia porcja arbuza to pół :D jakoś tak mam, że mózg się zaspokoi też połową małego :D
Z kolei pizza: dla mnie okrągłe ciasto jest pizzą: jest całością i dlatego jem całą pizzę, dla mojego mózgu trójkątny kawałek nie jest pizzą :D
Zapytał się też, czy potrzebuję deseru do domknięcia? Nigdy. Mózg ma dwie kategorie: pełnowartościowy posiłek i przekąska. Deser jest przekąską. A przekąski je się pomiędzy pełnymi posiłkami. Skoro zjadłam posiłek - deser jako przekąska zaraz po posiłku dla mojego mózgu jest nielogiczna :D
I dodałam, że nie mam tak, że jak coś jest porcją to ja jem dokładkę: nie rozumiem dokładek, bo jak robię sobie do pracy dwie porcje dania, to zakładam, że jedna jest pełnoprawnym posiłkiem i ma mi wystarczyć ;) nawet jak smakuje nie odgrzewam kolejnej porcji, po to kolejny posiłek - mój mózg go tak zaklasyfikował i koniec. Prędzej zjem przekąskę za jakiś czas ale nie dokładkę.
I się zaczęło :D
~~~~
W końcu zrozumiałam dlaczego standardowe przepisy dla mnie nie istnieją! Bo ja nie patrzę na gramy, ja określam wielkość porcji indywidualnie i mózg potrzebuje tej ilości do domknięcia! Nie ma czegoś takiego jak pół jabłka, pół banana, pół mango... Dla mojego mózgu porcja to jeden owoc, jedno warzywo, itp. Intuicyjnie obchodziłam własny system robiąc danie razy dwa aby wrzucić cały pomidor a nie pół do jednej porcji.
Dlatego np. nie ma czegoś takiego jak trochę chipsów, bo dla mnie porcja chipsów to było zawsze opakowanie chipsów i ostatnio jak nie było tych co, lubię to kupiłam małe opakowanie i też paczka zjedzona i wystarczyło.
Po analizie różnych rzeczy wyszło, że mój mózg kategoryzuje porcje na różne sposoby: jak nie mam innych niż funkcjonalne, zdrowotne, nabyte to wielkość porcji określa opakowanie. To było widać głównie po czekoladzie, której nie lubię: nie miałam zasady, że trzy kostki np. bo jem totalnie okazjonalnie, więc opakowanie określa mózgowi porcję i jak otworzę to zjem całą tabliczkę...
Ale już np. masło orzechowe, które kupiłam aby dodawać łyżeczkę max 2 (w zależności od kaloryczności posiłku) do kolacji w celu uniknięcia hipek nocnych okazało się, że właśnie ta łyżeczka stała się dla mózgu porcją leczniczą i obowiązującą i nie zjem więcej jak łyżeczkę max 2 dziennie. Nie ma czegoś takiego, że otwieram lodówkę i podjadam.
Zaczęłam nawet przypominać sobie przeszłość to nawet frytki, które uwielbiałam robić miały swoją porcję: odpowiednią wysokość durszlaka :D i już nie podjadałam od innych jak robiłam na obiad dla wszystkich, bo przecież swoją porcję zjadłam.
~~~~
Okazuje się, że mój mózg definiuje wielkość porcji wszystkiego i tego przestrzega. Do określenia porcji stosuje różne kryteria, ale nie zostawia niczego bez określenia porcji, bo ona jest ważna do domknięcia.
Dlatego ja zawsze jak kupuję produkty to muszą być na porcje: np. 2 obiadowe, nie 2 kg marchewki, tylko 4 marchewki na 2 obiady, itp. I wtedy jak gotuję te porcje, dzielę i mózg się tego trzyma, nie dokłada, bo to nie jest dla niego logiczne, ani normalne :D
I wyszło na to, że właśnie największa moja siła jest w zakupach i tu dokonuję wyboru porcji i tu mogę podziałać. Po zakupach jest już postanowione i nie ma decyzji tylko wykonanie.
Paczka chipsów kupiona - zjedzona cała.
Podjęta decyzja o zakupie małej paczki - zjedzona cała, ale nawet jak mała to mózgowi też wystarczy, bo jest porcją i zjedzenie jej domnkęło temat.
Potrzeba domknięcia jest tak silna, że to tłumaczy dlaczego ja nie potrafię zostawiać posiłków: ile mam nałożone na talerz tyle zjem. Bo mózg klasyfikuje to co nałożone na talerz jako porcję, pełnoprawny posiłek, więc musi go zjeść dla domknięcia. Dlatego ja wiecznie jak idę do rodziców na obiad szarpię się z mamą, że ma mi nie nakładać tak dużo, na co mama: najwyżej zostawisz :D i oczywiście nigdy nie zostawiam i wiecznie umieram, na co mama: przecież nie musiałaś wszystkiego zjeść :D
No nie musiałam :D ale to zbyt dużo mnie kosztuje aby zostawić niedomknięty temat: dla mózgu niepełną porcję.
~~~~
Kolejne odkrycie, że nie mogę mieć mało atrakcyjnych posiłków. Badania pokazują, że im posiłek mniej apetyczny tym człowiek mniej go zje.
U mnie to totalnie nie działa: im mniej apetyczny - nie jestem się w stanie zmusić go zjeść i idę do Żabki mimo przygotowanych posiłków do pracy...
U mnie nie ma ryzyka zjedzenia więcej niż porcję bo mózg nie uznaje dokładek. Jak jest porcja pysznego to zje porcję pysznego i koniec. Na końcu stwierdzi: ale to było pyszne i przez chwilę nic nie piję aby zatrzymać smak. I tyle.
Ale jak nie ma domknięcia oczekiwanego smaku = szuka dalej => Żabka.
Jak mam posiłek, który spełnia następujące warunki: potrzebę porcji, potrzebę wyrazistości smaku, potrzebę posiadania wszystkich makroskładników i potrzebę legalności (zdrowe) - wówczas nie szukam dalej.
~~~~
To mnie tak trzepnęło, bo jak zaczęłam patrzeć na swoje odżywianie to aż w szoku jestem, że nie zauważyłam tego wzorca. Cały czas zastanawiałam się czemu nie potrafię zjeść np. 1/3 porcji dużej paczki chipsów, w końcu pod koniec już umieram i one są meh, czemu jak mówią do mnie jeden kabanos to jest to tak abstrakcyjne dla mnie, bo przecież porcja to opakowanie... musi być domknięcie: zjedzenie opakowania i wyrzucenie.
To naprawdę sporo zmienia, bo wiem, gdzie obecnie działać: jak mam ochotę na kabana: kupić jednego na wagę - wówczas mózg uzna go za porcję. Jak arbuz - mały, porcja arbuza dla mózgu to pół, nie będę zdychać z przeżarcia, itp. U mnie wszystko zależne jest na etapie kupowania i teraz, z obecną wiedzą - to już nie ma walki, jest zarządzanie!
Plus ustalenie nowych porcji różnych zgubnych składników.
Bo część jest z dupy przyjęta, część kulturowo, itp. Jak zaczęło być głośno o awokado to ciągle była mowa: pół awokado do sałatki, pół awokado do torlilli, itd. I ja nie mam zielonego pojęcia ile ma kalorii pół awokado, ale jak go dodawałam do sałatki to zawsze pół, bo mózg zakwalifikował pół jako właściwą porcję. Więc teraz mam za zadanie zweryfikowanie porcji i podstawę na jakiej mózg ją określił ;) a właściwie jej zasadność :)
I żeby nie było: jasne, że to nie jest tak, że wszystko muszę dojeść i nie mam już żadnej kontroli jak już żarcie jest na talerzu :D ale to jest dla mnie o wiele bardziej kosztowne i o wiele bardziej skazane na porażkę.
Nie ma sensu z tym walczyć bo to strata energii - to już za późno, decyzja została podjęta wcześniej przy nakładaniu porcji, a jeszcze wcześniej przy zakupie tej porcji, teraz następuje realizacja ;)
~~~~
Dodatkowo przeanalizowaliśmy jak to jest u mnie z zachciankami. I powiedziałam, że ja już wiem kiedy zachcianka jest odpowiedzią na niewyspanie, przebodźcowanie, nudę, czy złe proporcje makro poprzedniego posiłku, itp. wtedy mam ochotę na coś, ale nie wiem jeszcze na co, idę do sklepu i dokonuję wyboru. Szukam smaku. Ale jak np. mam ochotę na pizzę to wiem na jaką pizzę - z konkretnej pizzerii i konkretny rodzaj. I w tym pierwszym wypadku faktycznie wystarczy zjeść posiłek, który spełnia powyższe kryteria i często zachciewajka na cos przechodzi. Ale jak mam zachciewajkę na coś konkretnego i ja dokładnie wiem na co to mózg nigdy się nie zadowoli zamiennikiem, dopiero jak zje tę konkretną zachciankę zamyka temat.
I tu też stwierdziłam, że nie będę następnym razem walczyć bo wówczas szukam substytutu i wtedy wpada: pączek, paluszki, kabanosy, itp. Ale to nie zaspokaja oczekiwań, nie domyka zachcianki więc po 2 tygodniach się poddaję i w końcu kupuję tę pizzę, i mam zaspokojenie i przez kolejne pół roku nie pamiętam, że istnieje pizza.
~~~~
Mnie olśniło też, że ja pół życia próbuję psychologicznie/terapeutycznie rozwiązać problem żywieniowy a to jest zwyczajnie totalnie fizjologiczne/funkcjonalne: tak działa mój mózg: potrzebuje ram i zasad. I ja chcę zacząć z nim współpracować :) W końcu mam to ADHD i zapewne jakieś spektrum autyzmu, bo to się często wiąże z ADHD, więc to mi się naprawdę spina ;)
Zresztą, w sobotę o 12:00 zjadłam 2 jajka, na oko 100 gramów łososia (skąd wiem? bo porcja to pół kilo a ja dzieliłam na 5, bo mózg uznaje 100 gramów za akuratnią porcję, choć nie mam pojęcia ile ma kcal :D), do tego sałata, szczypiorek i koperek od mamci, pomidor kupny, ale już mega wyrazisty w smaku, ogórek kiszony i pietruszka z parapetu - lewitowałam takie to było pyszne i do 18:00 nie chciało mi się jeść, nie miałam zachciewajek. Dla mnie zdrowotnie ważne jest białko i te założenia były spełnione, zdrowy tłuszcz z ryby, węgle z zieleniny - makro spełnione, dodatkowo różnorodność zapewniła mi doznania smakowe, produkty z punktu zdrowia były legitne, plus ogórek kiszony i pomidor to moje połączenie "umami" - wszystko co ważne domknięte, mózg jest na TAK - koniec tematu.
A, i dlatego też tak się wzbraniam przed zupami w przepisach dietetycznych, bo niestety ale mózg nie uznaje zupy jako posiłek, nawet gdy jest tak gęsta, że łyżka stoi :D Ja za chwilę i tak jestem godna i szukam dalej...
~~~~
Dobra, spisałam, utrwaliłam w deklu, resztę następnym razem :D

Komentarze
Prześlij komentarz