WILMA.
I znowu miałam potężną przerwę...
Ale tym razem z powodu kotów, a w zasadzie Wilmy.
Opisuję wydarzenia aby zrzucić emocje z siebie, więc jeśli ktoś uważa, że zwierzę to nie człowiek i leczenie to przesada, to plis niech sobie daruje dalszą część ;)
~~~~
Niestety nie radziłam sobie emocjonalnie z tym co się wydarzało, z ich seniorskim wiekiem i przypadłościami.
Wilma od paru lat ma powtarzalny wzorzec reagowania na picie i jedzenie. Po paru miesiącach od czyszczenia zębów pojawia się ten problem.
Na kontrolach wychodziło, że wszystko ok. ale i tak gdy minął już rok po poprzednim czyszczeniu zapisywałam się na kolejne.
Tym razem miała robione zęby i wyrywane te, które tego wymagały w grudniu ubiegłego roku, dokładnie 08.12. a 22.12 znowu była pod narkozą na wyłuszczeniu naczyniaka.
I kiedy byłam na L4 te 7 tygodni zauważyłam, że coraz bardziej reaguje, stała się niespokojna, nie mogłam już na nią patrzeć jak się męczy. A był marzec: niecałe 4 miesiące od poprzedniego czyszczenia (!). Gdyby nie operacja już bym była z nią umówiona na kolejne czyszczenie/rwanie.
~~~
Robiąc porządki na kompie znalazłam pierwszy filmik kiedy takie reagowanie się zaczęło i był z 2020 roku... Tak potężnie mnie to załamało, że ona od tych 6 lat regularnie doświadcza tych reakcji bólowych, że jak tylko dostałam pozwolenie na dźwiganie do 5 kg i się wzmocniłam poszłam z nią do weta w celu umówienia się do kociego dentysty.
I zaczął się mój maraton...
Bo oczywiście to nie jest tak, że idziesz tylko na zabieg, najpierw musi być echo serca, usg i badania krwi, oczywiście echo i usg osobno, bo kot się męczy. Spoko. Ale dodam, że w grudniu miała te badania robione 2 razy.
Na pierwszej wizycie oględziny paszczy, wetka powiedziała, że nie powinno się nic dziać, przecież w grudniu miała czyszczenie. Została pobrana krew.
Umówiłam też terminy usg i echo serca.
Wyniki krwi ok, echo i usg też, dostała pozwolenie na zabieg.
Umawiam termin zabiegu i... niestety do tego czasu miną dwa tygodnie od pobrania krwi i muszę znowu pobrać krew :D
Zdębiałam bo pierwszy raz się coś takiego działo, tym bardziej, że to dosłownie chyba o tydzień. I to dlatego też, że nie było prądu jednego dnia i przenieśli któreś badanie na kolejny tydzień...
Potem okazało się, że musiałam 2 tygodnie zastępować kolegę z pracy to już przełożyłam sama na kolejny tydzień bo i tak wyniki były przeterminowane a mi zależało na tym, aby móc na spokojnie wziąć wolne na czas zabiegu i rekonwalescencji.
Byłam umówiona do Pani wet, która zrobiła specjalizację dentystyczną, ale tak w ogóle na początku, gdy nie mieli tylu specjalistów z różnych dziedzin przychodziłam właśnie do niej z kotami.
Przy czym w sprawach uzębienia od 6 lat chodziłam do tego chirurga dentystycznego. Ale teraz upały więc powiedzieli, że jak będzie zbyt wysoka temperatura to odwołają zabiegi, bo oni klimatyzują ale potem może być zbyt duży szok temperaturowy w drodze do domu, więc lepiej do Pani dr, bo jest na miejscu, nie musi przyjeżdżać z Trójmiasta.
W związku z ryzykiem odwołania a tym samym kolejnego przedawnienia wyników krwi umówiłam się, że przyjdę tego samego dnia co zabieg po prostu wcześniej i pobierzemy kocie krew, wynik jest u nich po 10 minutach.
~~~
Wzięłam 3 dni wolnego, bo zabieg miał być w środę. Akurat nie było upału, więc super. Krew pobrana, idę z nią do gabinetu i tłumaczę w czym rzecz, że ten wzorzec powtarza się od 6 lat, pokazałam filmiki, zajrzała jej w paszczę i powiedziała, że jej zęby wyglądają na ok, troszkę tylko ma kamienia, ale zero stanu zapalnego. Powiedziałam też o parodontozie, którą dentysta stwierdził po pierwszym czyszczeniu, że może dlatego reaguje tak na wodę i mokry pokarm? że ma z tego powodu nadwrażliwość (usuwa się przy 30% odsłoniętej szyjki zęba). Pani wet powiedziała, że skoro nadal odczuwa taki dyskomfort to również z powodu jej wieku trzeba by było usunąć jej wszystkie zęby.
I wtedy jeszcze obejrzała jej zdjęcia z poprzednich zabiegów, które robił dentysta i powiedziała, że ona się nie podejmie, bo ma korzenie kłów zrośnięte z kością i jest duże ryzyko złamania żuchwy...
~~~~
No totalnie mnie podłamała...
Dentysta przyjeżdża do nas z Trójmiasta 2 x w tygodniu więc umówiła mnie na konsultację do niego na następny dzień.
Obejrzał jej zdjęcia i potwierdził, że korzenie zrosły się z kością, wiec trzeba będzie wydłubać część kości i najprawdopodobniej wstawić implant. Jeśli żuchwa się połamie to dodatkowo będzie zadrutowana. Ale jak ma to zrobić to tylko pod warunkiem też, że usuwają wszystkie zęby jakie jej zostały, bo ona ma swój wiek, więc nie ma co za pół roku znowu podawać narkozy i jej te zęby czyścić. Plus będzie nierównowaga w zgryzie, co może powodować kolejny dyskomfort.
Zgodziłam się bo ja już chciałam aby ona w końcu przestała odczuwać ten ból! Bo nie mogłam już patrzeć jak nieustannie po jedzeniu czy piciu majstrowała tą łapką! Byłam w permanentnym stresie z tego powodu.
Dodatkowo jak sobie uzmysłowiłam, że to nawraca od 2020 roku... że kot jest pod moją opieką i regularnie cierpi... chciałam aby to się już skończyło!
Widzę też jak ona się zmienia gdy zaczynają się te nadwrażliwości. Jest bardziej niespokojna, jak ją wyczesuję to robi się szybciej drażliwa... to samo jak wezmę na ręce...
~~~
Zaczęłam więc umawiać termin zabiegu i oczywiście co? Znowu minie do tego czasu ważność badań krwi dosłownie o 2 dni :D
Więc kolejne badania krwi w dniu zabiegu i wychodzi wet do mnie, że wszystko jest ok, ma tylko nieznacznie podwyższone wątrobowe, czy ona przypadkiem nie ma refluksu? Bo refluks mógł ją podrażniać po posiłku czy piciu wody i stąd jej reakcje.
No totalnie mnie podłamał... Czy zatem moja zgoda na usunięcie jej wszystkich zębów jest błędna?? może to "tylko" refluks??? i ona od 6 lat ma nawracające dolegliwości???
Pytam dentystę, czy słusznie robimy jej ten zabieg, powiedział, że tak, trzeba jej zrobić porządek z tymi zębami, bo prędzej czy później trzeba by było usunąć jej wszystkie zęby przy tym schorzeniu, ale jednocześnie można po wszystkim wprowadzić leczenie refluksu.
Czekając na wieści doszło też do mnie, że przecież ona od 6 lat ma regularnie przed każdym zabiegiem robione badania krwi i nigdy nic w nich nie wyszło?? żadnego podejrzenia?? Regularnie usg jamy brzusznej... i nic? przez 6 lat?? wiec może jednak to nie refluks. Tym bardziej, że za każdym razem gdy się pojawiało to reagowanie to o tym mówiłam na wizycie.
Oczywiście zaczęłam czytać o tym refluksie i faktycznie reakcja po jedzeniu i piciu jest, ale też często chrypka, czy kaszel i sobie myślę, gdyby faktycznie to był refluks wówczas po tych 6 latach nawracających okresów pewnie w końcu dorobiłaby się chrypki i kaszlu?...
Byłam totalnie zdezorientowana, załamana, bezsilna.
Tak, jak do tej pory miałam nadzieję, że po wyrwaniu jej tych zębów w końcu problem się skończy i choć jesień swojego życia spędzi już bez nawracających boleści tak teraz ta nadzieja legła w gruzach... plus doszły wyrzuty sumienia, że być może niepotrzebnie narażam ją na to cierpienie.
~~~
W końcu zadzwonił dentysta, że zabieg się udał. Był ciężki i długi, na szczęście żuchwa nie pękła, ale musieli wydłubać te korzenie z kości więc powstała luka, którą musieli wypełnić granulatem kościotwórczym i wstawić implant aby wzmocnić.
Do 15:00 została u nich pod obserwacją.
Przyjechałam po nią z bratową. Miała założony kołnierz i przelewała się w rękach.
[Jak się później okazało wpadła w straszny szał po zabiegu, stąd musieli założyć kołnierz i myślę dali jej coś na uspokojenie dlatego była taka "lejąca" i spokojna... dobrze w sumie, że dowiedziałam tydzień później bo chyba nie udźwignęłabym psychicznie kalibru tego na co ją naraziłam w połączeniu z jej widokiem tego dnia.]
Była cała od krwi, śliniła się przepotężnie.
Pani, która mi ją wydawała powiedziała, że mam się nie przestraszyć wyglądem, bo Wilma strasznie się ślini i jeszcze podkrwawia, trochę ją wyczyścili ale nie chcą za bardzo bo ma wszystko obolałe, a nie wygląd teraz najważniejszy.
No bez dwóch zdań!
Zostałam poinformowana, że jest zabezpieczona do następnego dnia antybiotykiem i silnym przeciwbólowym, silniejszym od morfiny. Jutro na kontrolę i dostanę tabletki do domu.
~~~~
W domu myślałam, że potnę sobie żyły... nie byłam w stanie poradzić sobie emocjonalnie z widokiem, z tym jak ona otwierała cały zakrwawiony pyszczek z bólu... a wiedziałam kolejnego przeciwbólowego dostać już nie mogła...
Miałam potworne wyrzuty sumienia na jaki ból ją naraziłam... a teraz jeszcze może się okazać, że być może to nie zęby były problemem...
Do tego kompletnie nie potrafiła poradzić sobie z kołnierzem. Stukała nim o wszystko, potem wystraszona odbijała się do tyłu i często przewracała, co powodowało kolejne ataki bólu... W końcu włożyłam ją do wózka, zamknęłam aby nie próbowała z niego wyjść i tak nie mogąc się ułożyć non stop podnosiła główkę i ocierała kołnierzem o wózek, ale przynajmniej nie odskakiwała.
W nocy postawiłam wózek obok łóżka i przysypiałam czuwając. Kiedy zaczęła sie bardziej wiercić wiedziałam, że chce siku, włożyłam ją do kuwety i od razu zrobiła. Pierwsze kuwetowanie. Potem od razu znowu do wózka i jakoś przetrwałyśmy noc.
Około 3:30 oczywiście pobudka Blusia, bo teraz zaczęłam chować chrupki, Wilma 7 dni na diecie mokrej, najlepiej płynnej.
~~~~
Następnego dnia w piątek nadal nic nie chciała jeść, wetka powiedziała, że mogę jej zdjąć kołnierz na jedzenie, ale to nic nie dało.
Dentysta powiedział, że musi zacząć jeść. Na kontroli dostała leki a także podskórną kroplówkę z zaleceniem przyjścia w sobotę, gdyby nie chciała jeść to dostanie normalną kroplówkę dożylną.
Niestety nadal nie za bardzo chciała jeść, wychlipała tylko Nutribounda (koci nutridrink za fortunę).
Nadal strasznie się męczyła z kołnierzem, chodziła wspak, uderzała się... Jak jej zdejmowałam na próby jedzenia to się uspokajała. Postanowiłam położyć ją do wózka bez kołnierza i wtedy pierwszy raz mam wrażenie trochę pospała.
Kiedy zobaczyłam ją spokojniejszą postanowiłam nie zakładać kołnierza. Miałam ją na oku nieustannie, więc gdy zbliżała łapkę do pyszczka od razu reagowałam.
~~~~
W sobotę dostała już kroplówkę normalną. 4,5 h siedzenia u weta.
Do tego dostała lek na apetyt, a to oznacza 4,5 h pierdolca ;) :D
Dosłownie! Myślałam, że to przez kroplówkę ale to ten lek. Non stop wychodziła z wózka na kolana i wchodziła do wózka, dosłownie 4,5 h łażenia, wiercenia, oczywiście chciała chodzić po lecznicy ;) Myślałam, że może chce siku po kroplówce więc i kuwetę dostała i było wówczas z wózka na moje kolana, z kolan na kuwetę z kuwety na kolana, z kolan na wózek... i tak 4,5 h :D
Wtedy też zaczęła łapczywie jeść mokrą karmę weterynaryjną. I ten lek działał tak przez 3 dni, miałam dawać jej co 3 dzień. I wtedy jadła, ale paskudnie słabo. Najwięcej w pierwszych 3 godzinach działania leku a potem już lipnie.
Oczywiście rozdrabniałam każdą puszkę, dolewałam wody i robiłam mokre paćki, bo też nie chciała w ogóle pić wody z fontanny/misek.
I cudowałam z różnymi karmami, niektóre mieszałam, niektóre doprawiałam ponoć smacznym probiotykiem, na początku szczęśliwie też piła tego nutribounda.
Jednocześnie po każdym jedzeniu dramatycznie reagowała bólem w paszczy, wiadomo. Uwalała się też bardzo, więc co zjadła od razu czyściłam jej bródkę delikatnie mokrym wacikiem.
Po bokach pyszczka wystają szwy wiec jak się jej jedzenie o to zahaczyło to dramat... Łapki szły w ruch.
~~~~
W sobotę wieczorem po tej kroplówce nastąpił potężny zjazd. Raptem przestała jeść, była osowiała. Teraz po czasie wiem, że pewnie lek na apetyt ją sztucznie pobudził w pierwszej fazie i zwyczajnie miała zmęczenie materiału, ale kontrast był tak potężny, do tego potwornie się śliniła, a ślinienie to często u kotów oznaka bólu, więc spanikowałam bo raptem mi się przypomniało, jak wetka mówiła przed kroplówką, że nie daje jej na razie przeciwbóla. Ale potem była kroplówka i jedynie zdjęcie oraz zabezpieczenie wenflonu, nic więcej...
Tylko ja też byłam w ogromnym stresie, niewyspana i nie wiem czy dobrze usłyszałam, ale już tak się wkręciłam, że pewnie cierpi, a jest sobota wieczór i u mnie wszystko pozamykane, a nawet jak jechać z nią na całodobową to oni bez wiedzy czy coś dostała i co konkretnie - nic jej nie podadzą, bo jest ryzyko uszkodzenia nerek, m.in.
Więc od razu napisałam do innej wetki, do której mam telefon czy mogłaby to jakoś sprawdzić, skontaktować się z jej koleżanką, itp. bo gdyby nie dostała to mam zapas tabletek przeciwbólowych i bym jej po prostu podała, aby nie cierpiała. Bo dla mnie w tych czasach to byłoby wręcz bezsensowne, totalnie niepotrzebne cierpienie, któremu można naprawdę w prosty sposób zapobiec, albo przynamniej nieco zmniejszyć.
I ja serio nie robiłabym zadymy, gdyby okazało się, że Wilma go nie dostała. Wetka, która nas przyjmowała była wtedy sama a było mnóstwo niezaplanowanych wizyt osób przyjezdnych z innych miast, którzy z pupilami przyjechali na wczasy i coś się zadziało. Nie zdziwiłabym się gdyby po prostu uciekło jej to z głowy, gdy po 4,5 h zdejmowała Wilmie kroplówkę, bo przecież pamiętała, że dostała serię zastrzyków.
Ja przecież też po tych 4,5 godzinach nie zapytałam czy na pewno dostała... a zajmowałam się tylko jednym pacjentem. Byłam umordowana turbo speedem Wilmy i totalnie zapomniałam. Gdyby była osowiała zapewne prędzej bym pamiętała aby dopytać.
No ale wetka, z którą pisałam zapewniła, że na pewno dostała, a ślini się najprawdopodobniej po tabletce na apetyt. I jak się potem okazało, faktycznie jest to jeden z częstych skutków ubocznych.
~~~~
Ja nadal nie miałam przekonana, ale na własną rękę podawać nie chciałam, bo jakby ją złapały duszności albo nie wiem co jeszcze to nie wiem czy bym zdążyła na całodobowy do Trójmiasta, jeszcze wcześniej musząc załatwiać w nocy transport...
W niedzielę już kontynuowałam przeciwzapalny/bólowy i antybiotyk.
W poniedziałek miałam na kontrolę, wszystko ok, ale była znowu odwodniona, dostała kroplówkę przezskórną.
Po niej się ponownie nieco ożywiła. Ale z jedzeniem nadal dramatycznie, wciąż reagowała, no ale wiadomo, cała paszcza była pocięta więc szwy ciągną, dziąsła muszą się zabliźnić, plus wciąż granulat musiał się z kością połączyć więc tam nieustannie przebudowa trwała.
W czwartek miałam umówioną wizytę kontrolną u chirurga. Obejrzał i powiedział, że wszystko goi się poprawnie. Jeśli ma apetyt to już nie muszę podawać jej tego leku, żeby jej sztucznie nie napędzać. Zresztą, chciałam też aby ona sobie w końcu pospała bo cały tydzień miałam wrażenie była turbo niespokojna, jakby dodatkowo tym lekiem nastymulowana. Nie była w stanie zasnąć głębokim snem.
Zapytałam się też, kiedy będę mogła podać jej chrupki bo aż się trzęsła jak słyszała, że je podaję Blusiowi ;)
Ja jej czasami moczyłam całą noc te chrupy aby były miękkie i czasami dawałam przed antybiotykiem, by wciągnęła cokolwiek bo musiałam dawać tabsę po jedzeniu. Plus wypijała chętniej tę wodę chrupkową, więc dodatkowe nawodnienie.
Cały czas też w nocy wstawałam i w kuchni dawałam Blusiowi chrupki, bo 5 misek różnego żarcia mokrego a ten mi koncert co noc po 4:00 odwala po chrupki ;) Wilma oczywiście za nami do kuchni. Wtedy też podgrzewałam jej na świeżo karmę mokrą, ale tego to ruszyć nie bardzo chciała ;)
Nie mogłam patrzeć jak chudnie i mało je więc jak dostała zgodę na chrupy to postanowiłam jej dać.
Niestety to był potężny błąd.
Ona nie mogła ich złapać bez tych zębów, jeszcze się po prostu nie nauczyła i tak łapczywie po nie sięgała, raz po raz dziąsełkami jeżdżąc po misce... Matko jak potem długo musiało ją boleć bo non stop reagowała...
I tak jak wcześniej nie reagowała pomiędzy jedzeniem tak teraz zaczęła i jeździć żuchwą na boki... Ona jest umówiona 6 tygodni po zabiegu na RTG w celu sprawdzenia czy się dobrze implant przyjął i zaczęłam mieć schiz, że może ona tym jeżdżeniem po talerzu coś sobie uszkodziła, albo jak próbowała pogryźć chrupka to jej coś tam pękło...
Do tego później totalnie ją odrzuciło od jedzenia.
Bywało, że sam zapach powodował, że ślinianki zaczynały działać i już miała taki dyskomfort, że odskakiwała od miski.
I wciąż jeździła żuchwą na boki.
Byłam totalnie załamana.
Znowu zaczęła się ślinić.
~~~~
Tabsy przeciwzapalne brała do wtorku, więc już nie była na przeciwbólu.
W sobotę poleciałam sprawdzić czy nic sobie tymi chrupami nie zrobiła, wetka obejrzała, powiedziała, że wszystko ok, nic się nie dzieje, dostała kroplówkę.
W niedzielę osowiała, nic nie chciała jeść, uciekała cały czas na szafę, jak kładła się na legowisko to znowu czujnie leżała. Przestała się wylizywać.
W poniedziałek z samego rana zapakowałam ją do weta, wetka obejrzała i okazało się, że miała resztkę pokarmu w dziąśle plus zrobił się jej stan zapalny.
Wetka oczyściła bródkę, dostała kolejną kroplówkę, zastrzyk przeciwzapalny a ja tabletki na kolejne 2 dni i jedną w zapasie.
Po tym jak jej zostało to jedzenie to już w ogóle zaczęłam maniakalnie wszystko blendować na mus z wodą, bo jedynie tak piła.
Ale nadal mocno reagowała i jeździła żuchwą na boki. Jedzenie nadal dramatyczne: trochę chlipała i odskakiwała.
Kiedy trzeciego dnia po południu się obudziła, ja jej podałam karmę, ona pochlipała a za chwilę dosłownie całą wypluła produkując mnóstwo śliny, znów ją zapakowałam i do weta.
Przyjęła nas inna wetka i powiedziała, żeby zrobić jej badania krwi, bo skoro tak długo już trwa jej niechęć do jedzenia to trzeba sprawdzić parametry. Jasne, że się zgodziłam.
Miała znowu lekko podwyższony marker wątrobowy, wetka powiedziała, że to normalnie po takim zabiegu i leczeniu, ale mam się zapisać na usg wątroby, bo u kotów, które nie chcą jeść szybko dochodzi do stłuszczenia wątroby, co jest bardzo niebezpieczne.
Ja oczywiście wiedziałam, że niejedzenie jest niebezpieczne u kotów, dlatego tak panikowałam i z nią na te kroplówki jeździłam.
Na szczęście na usg nie było widać nic niepokojącego, żadnego powiększenia wątroby, itp. Wetka powiedziała, że wszystko ok i dała jej jeszcze jeden zastrzyk przeciwzapalny.
Wilma oczywiście musiała być na czczo 8 h więc o 4:30 tego dnia obudziłam ją na karmienie i o dziwo wciągnęła tę karmę weterynaryjną.
[W ogóle u niej było tak przez cały czas, że np. raz pochlipała z apetytem jakąś karmę a następnego dnia od niej odskakiwała, myślę, że zapach kojarzył jej się później z bólem.]
Potem na nowo zaczęła być aktywna i migusiem za mną do kuchni w nadziei, że dostanie chrupki ;)
Niestety pić wody nadal nie chciała a ponieważ dostarczałam jej wodę z mokrą karmą to postanowiłam dać jej troszkę strzykawką, bo to już 2 tydzień po zabiegu więc delikatnie wkładając końcówkę już jej nic nie naruszę. I udało się, nie pluła, ja jej po troszku wpuszczałam. I wtedy miałam pierwsze światełko w tunelu, że gdyby nadal nie chciała jeść to tego nutribounda jej tak podam.
~~~~
Ale wtedy po tym czwartym zastrzyku przeciwzapalnym wydarzył się cud! Wilma raptem od wieczora zaczęła jeść jak oszalała!
Następnego dnia rano jak karmiłam Bluśka zorientowałam się, że miski są prawie puste a Wilma szufluje!
Dałam świeżą a ona przy misce! I tak co chwilę sama podchodziła i po tym jak pojadła, po wstępnym pluciu w celu oczyszczenia z resztek - spokój!
Zero jeżdżenia żuchwą na boki!
Do tego pierwszy raz od 2 tygodni napiła się wody z miski! I podchodziła do niej non stop!
Normalnie nie mogłam uwierzyć!
Piątek był dniem totalnie przełomowym, latała od miski z wodą do miski z jedzeniem :)
Wieczorem to nawet zrobiła taki ciąg: najpierw pojadła, potem poszła sobie z ciekawością zajrzeć do otwartej szafy i chyba dopiero jak wyszła kapnęła się, że jest uwalona i trzeba się oczyścić :D Nie było reakcji jeszcze nad miską, tylko dopiero po kolejnej czynności.
Czyli wróciło typowo kocie zainteresowanie.
~~~~
Ogólnie kocie zachowania takie jak higiena świadczą o względnym komforcie, kiedy kot zaniechuje to właśnie z powodu dolegliwości bólowych. I u Wilmy nieustannie to obserwowałam: w lepszych okresach zaczynała się wylizywać, spała obok mnie zwinięta w krewetkę, chodziła za mną do kuchni w nadziei na chrupka (bo słyszała, że tam karmnik wypluwa porcje), ale w kryzysach przestawała się wylizywać, chodzić za mną i uciekała spać na szafę.
W dodatku jakby nie ma pośredniego etapu: jest ożywienie a potem raptem totalna ospałość, brak zainteresowania czymkolwiek. Normalnie miałam taki rollercoaster emocjonalny przez te dwa tygodnie... Bo to też taka totalna bezsilność: stajesz na rzęsach, bo chcesz aby kot zaczął jeść, a ona nie je bo cierpi. A musi jeść bo inaczej skutki mogą być śmiertelne.
I najgorsze, że to nie jest tak, że jak zgłodnieje to zje. Nie można przegładzać kotów, bo po pewnym czasie przestają czuć głód i się potrafią zagłodzić na śmierć.
Ona na szczęście miała apetyt, więc była to pseudoanoreksja, wywołana bólem w paszczy.
~~~~
Teraz ku mojej uciesze nadrabia za wszystkie te dni! :)
Siada przy mnie co chwilę i mruczy :)
Jestem przeszczęśliwa i w końcu mogę to z siebie wyrzucić...
Wyglądam jak zombie bo od dwóch tygodni nie miałam ani jednej przespanej porządnie nocy, sypiam po 4-5 h z przerwami (tak, wiem, matki mają milion razy gorzej, ale ja mam już 48 lat i większą potrzebę regeneracji po operacji więc siekły mnie te dwa tygodnie :P). Mam już taki szczękościsk ze stresu i milion zmarszczek od patrzenia na nią z ogromnym bólem psychicznym i totalną bezsilnością...
Mam też uwaloną całą chatę w resztach jedzenia, z którymi Wilma nauczyła się tak radzić, że po jedzeniu przechadza się po chacie i potrząsa głową :D
Wszystko ląduje wszędzie: na szafy, na ściany, na okna i roletę jak wskoczy na parapet :D, na łóżko, na mnie :D
Oczywiście mam na to wyjebkę totalną, sprzątam i tyle, najważniejsze, że je!
Czasami podejdzie do mnie abym ją wyczyściła a czasami spiernicza i nie zdążę :D
Wcześniej to wszędzie miałam wszystko od jej śliny bo śliniła się nieustannie.
~~~~
Dwa tygodnie byłam na zdalnej i już muszę wracać więc stres miałam potężny jak to będzie... Do tego w poniedziałek muszę jechać na kontrolną wizytę do poradni onkologicznej i pół dnia mnie też nie będzie... Na szczęście teraz już jestem o nią spokojniejsza! Zostawię karmę mokrą w miskach, poprosiłam mamę aby do niej około 12:00 zachodziła na chwilę w tym pierwszym tygodniu mojego powrotu do pracy.
~~~~
Zabieg z implantami kosztował 2200. Łącznie z badaniami kwalifikującymi, wizytami kontrolnymi, kroplówkami, lekami, karmami specjalistycznymi, nutridrinkami, itd. wyszło prawie 6 tys. A chyba i tak za 3 wizyty mi nie policzyli...
W tym dwóch dodatkowych badań krwi przed zabiegiem można było uniknąć, a na domiar wszystkiego kupiłam tabsy na nadciśnienie Bluśka i w jednym opakowaniu były tylko 3 listki, a jeden kosztuje 50 zeta... A może mniej, bo liczyłam cenę dzieląc na 3 a przecież powinny być 4 listki jak się później okazało ;) Te leki można kupić na listki, wiec pewnie ja za ten brakujący zapłaciłam podwójnie bo dwa dni wcześniej właśnie tylko jeden listek kupowałam (bo to zamiennik i miałam nadzieję, że moje do czasu kolejnej wizyty pojawią się w hurtowni...). Oczywiście zorientowałam się po kilku dniach więc już nie dzwoniłam.
A Bluśka też czeka czyszczenie zębów, czyli najpierw pakiet badań kwalifikujących: ponad tysiak, potem czyszczenie: 1,2-1,5 tys.
~~~~
I żeby nie było, nie żałuję ani jednej złotówki na leczenie kotów! Tylko jednak fakt, ile obecnie kosztują usługi weterynaryjne niestety przerasta moje możliwości finansowe długoterminowo w obliczu problemów jakie mają koty wieku seniorskiego.
Czasami czytałam zarzuty na stronach osób aktywnie działających na rzecz zwierząt, że mało kto decyduje się na przygarnięcie seniora, czy zwierząt schorowanych. No ale przy tych cenach usług weterynaryjnych to ja się po prostu nie dziwię! Przecież nie uleczysz zwierzęcia modlitwą lub siłą umysłu... Bez jaj, to naprawdę trzeba móc udźwignąć finansowo taka opiekę, szczególnie przy obecnych cenach usług...
Ja już na pewno nie będę mieć więcej zwierząt pod swoją opieką przede wszystkim ze względów finansowych. Ale też nie nadaję się psychicznie dźwigać w pojedynkę stres związany z ich chorowaniem. Fizycznie też sił już brak (a Wilma schudła więc waży tylko 3,18 kg plus dość lekki wózek i było mi już ciężko z nią wejść na to 4 piętro...). I nie radzę sobie emocjonalnie w pojedynkę z bezsilnością.
~~~~
W lecznicy już każdy: ojej, jaka ona wrażliwa, nadwrażliwa, jak ją będzie nadal bolało po usunięciu to może problemy psychiczne...
Na mnie też patrzyli na przewrażliwioną pewnie. "Szwy ciągną, to normalne, goi się, to tak będzie przez jakiś czas, ona się musi przyzwyczaić".. Ja to rozumiem doskonale ale ona po prostu nic nie chciała jeść! Rozumiałam, że po tak potężnej ingerencji w pyszczku ją boli i przeszkadzają szwy, że musi się zagoić, że będzie reagowała łapką po jedzeniu. Ale ona przede wszystkim nie chciała jeść, reagowała bez jedzenia... Zresztą okazało się przecież, że miała stan zapalny...
Do tego cały czas się bałam, że może ma odrzut implantu, szczególnie jak ona tą żuchwą tak jeździła na boki... I to mnie też już dobijało psychicznie: czułam, że moje spostrzeżenia są traktowane jako moje przewrażliwienie a reakcje koty nadwrażliwe. Sęk w tym, że oni ją widzą chwilkę na wizycie a ja non stop i widzę jak zachowanie się gwałtownie zmieniało...
~~~~
Już w desperacji szukałam na reddit wpisów z podobnych zabiegów u kotów i sporo ludzi miało podobne ciężkie przejścia a czas reagowania na dyskomfort utrzymywał się jeszcze miesiąc - dwa, bo ok. 6 tygodni rozpuszczają się szwy i do tego czasu kot odczuwa dyskomfort.
Ktoś zadał pytanie przed zabiegiem na co się przygotować i jedna odpowiedź zapadła mi w pamięć: najpierw pierwszego dnia będziesz mieć ogromne wyrzuty sumienia na jaki ból naraziłeś kota, ale gdy po całkowitym wyleczeniu po tych 6-8 tygodniach zobaczysz jaki jest zrelaksowany i spokojny bez tych wcześniejszych dolegliwości sprzed zabiegu to będziesz wiedział, że jednak to krótkotrwałe cierpienie było niezbędne by poprawić komfort jego życia.
I tego się trzymam.
Miałaś jazdy... na szczęście już ok. Ale te ceny, dalej niż z księżyca.
OdpowiedzUsuńCeny od paru lat mnie powalają... Pamiętam jak za wyrwanie zęba płaciłam 350 zeta, a potem już u tego chirurga od razu weszłam na 1,2-1,5 tys. ;)
Usuń